49 obserwujących
196 notek
632k odsłony
1031 odsłon

Zapomniane wypędzenia

Wykop Skomentuj33

Na ekrany wchodzi kolejny film podkreślający niemiecką krzywdę w II wojnie światowej – tym razem „Kobieta w Berlinie”. Wcześniej kinomani mogli zapoznać się z takimi pozycjami jak „Upadek” (w którym twórcy postawili na kontrast: zły Hitler i jego naziści vs. dobrzy, niewinnie cierpiący Niemcy) oraz „Ucieczka” i „Die Gustloff” opowiadającymi o losie „wypędzonych”.

W zasadzie nie dziwię się Niemcom. Trzy-cztery pokolenia to wystarczająco dużo, by współcześni wyzbyli się poczucia winy i przestali bić się w piersi za nie swoje zbrodnie a jednocześnie nie nadto wiele, by stały się im obojętne krzywdy i upokorzenia doznane przez często żyjących jeszcze przodków. Skoro pojawiła się koniunktura, próbuje się opowiadać o przeszłości na nowy sposób, tym razem eksponując to, o czym nie wypadało do tej pory mówić. Rzec można (niczego nie ujmując cierpieniom niemieckich cywili), że twórcy „Gustloffów”, „Ucieczek” i „Kobiet w Berlinie” jadą na tym samym wózku, co Erika Steibach i Rudi Pawelka. Wyrywają z kontekstu pasujący im fragment historii i starają się z niego uczynić główny punkt uwagi.*

Na tym tle wyglądamy niezwykle mizernie. Jeśli Hollywood kręci jakieś filmy, których akcja dzieje się w wojennej Polsce, są to wyłącznie filmy o Holokauście – „Lista Schindlera”, „Pianista”, „Opór”, w których Polacy przewijają się jak statyści i jest dobrze, jeśli nie są w nich czarnymi charakterami. Film o Irenie Sendlerowej okazał się żenująco słaby. O polskiej kinematografii nie ma co wspominać – przeciętny „Katyń” Wajdy został obsypany laurami „za zasługi” sędziwego reżysera; nikt, kto świadomie oglądał ten film, nie dałby mu żadnej nagrody. Próby w rodzaju „Katastrofy w Gibraltarze” czy „Generała Nila” świata też nie zawojują. Jak tak dalej pójdzie, współcześni zaczną uważać, że Polska rozpętała II wojnę światową (był nawet o tym jeden polski film) i męczyła Żydów w „polskich obozach zagłady”.

Nie może być inaczej, jeżeli sami nie znamy własnej historii. Znalazłem ostatnio na stronach internetowych „Wprost” następującą mapkę:

Była ona ilustracją do skądinąd ciekawego artykułu zadającego kłam roszczeniom Eriki Steinbach. Świetnie, przedstawiono na niej kierunki wysiedleń niemieckich i sowieckich. Ale to już wszystko? Co z powojennymi „repatriacjami”? Co z zupełnie zapomnianymi wypędzeniami UPA, których rocznica akurat nadeszła…?

W maju 1944 roku ukazał się rozkaz głównego dowództwa UPA (obowiązujący ponoć od kwietnia): „...należy Polaków z naszych ziem usuwać. Proszę to tak rozumieć: dawać polskiej ludności polecenia wyprowadzenia się w ciągu kilku dni na rdzennie polskie ziemie. Jeżeli tego nie wykonają, wtedy wysyłać bojówki, które mężczyzn będą likwidować, a chaty i majątek palić (rozbierać).”

Rzeczywiście od kwietnia 1944r. w Galicji (Małopolsce) Wschodniej zaczęły się pojawiać tego typu wezwania – w różnej formie: ulotek, plakatów – wzywające Polaków do opuszczenia „ukraińskich ziem” pod groźbą śmierci. Były to wypędzenia najczystszej postaci. Nacjonalistów ukraińskich nie interesowało, gdzie udadzą się wypędzeni i z czego w ciężkich wojennych czasach będą żyć. Należy przy tym podkreślić, że banderowcy bardzo często „zapominali” o rozpowszechnianiu powyższych wezwań i od razu atakowali polskie wsie, mordując nie tylko mężczyzn, ale i kobiety i dzieci.

Oczywiście nacjonaliści ukraińscy nie mieli żadnego prawa do stosowania takich środków, tym bardziej pod groźbą śmierci – nie wypędzali bowiem okupantów (jak twierdzono), lecz (poza nielicznymi wyjątkami) ludność żyjącą tam z dziada pradziada, na ziemiach należących do państwa polskiego od co najmniej XIV wieku. Powyższy rozkaz był rozkazem bezprawnym i ludobójczym.

Napady i wypędzenia wywołały ogromną falę uchodźców. Meldunek tygodniowy AK z 6 kwietnia 1944 mówił: „Do Przemyślan bez przerwy ze wszystkich stron powiatu płynie fala uciekinierów Polaków. Uciekają bez majątku z tobołkami na plecach. [...] Ludność Przemyślan chętnie udziela gościny. [...] Są domy, gdzie mieszka w jednej izbie po 10-15 osób. [...] Zasoby finansowe Polskiego Komitetu Opiekuńczego i miejscowego społeczeństwa są już na wyczerpaniu.”

Co warte podkreślenia, ci którzy decydowali się usłuchać rozkazu wyjazdu, wcale nie mogli czuć się bezpieczniej, gdyż nawet na wyjeżdżających banderowcy urządzali zasadzki. Na przykład konwoje z ewakuowaną ludnością Hanaczowa były napadane trzykrotnie i zginęło w nich w sumie kilkadziesiąt osób. Świadek Michał Węgrzyn wspominał: „Aby wydostać się z Hanaczowa, trzeba było przejechać przez tereny należące do sąsiednich wsi ukraińskich, a tam wszędzie czekał wróg. Jednak utworzyła się pierwsza kolumna ludzi, którzy strasznie wyglądali po napadzie i chcieli jak najprędzej opuścić wieś. Wyruszyli z własnej woli a częściowo dojechali do ukraińskiej wsi Sołowa. Posypały się tu strzały. Kolumna musiała zawrócić.” Tak było wszędzie.

Wykop Skomentuj33
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura