49 obserwujących
196 notek
639k odsłon
852 odsłony

Kto dziś pamięta o Ormianach?

Wykop Skomentuj35

Koronnym argumentem różnej maści obrońców ukraińskich nacjonalistów spod znaku OUN-UPA jest stwierdzenie „ale oni walczyli o wolną Ukrainę”. Czasem podkreśla się samą chęć walki, jakby to cokolwiek mogło rozgrzeszyć. A przecież SS i NKWD też zdarzało się walczyć... W zapomnienie idzie zapowiedź kilkudniowego premiera tego niedoszłego „wolnego” państwa: „nasza władza będzie straszna dla naszych wrogów…”.

Pod koniec marca 1944 roku Niemcy cofający się pod naporem Armii Czerwonej opuścili Kuty nad Czeremoszem, miasteczko w b. województwie stanisławowskim. Sowieci zajęli je na dobre dopiero miesiąc później. Przez 30 dni w Kutach nie było żadnej okupacyjnej władzy. OUN-UPA... no właśnie, co wtedy robiła? Czy ustanawiała tam wolną Ukrainę...? Czy walczyła…? Proszę się samemu przekonać – poniżej zamieszczam obszerne fragmenty wstrząsającego artykułu Aleksandry Solarewicz, który ukazał się w kwietniowym numerze Niezależnej Gazety Polskiej. Jest oparty na wspomnieniach byłej mieszkanki Kut, pani Krystyny Terleckiej (z d. Tymoszko). Tekst wklejam za zgodą autorki.

____________________________________________________________

GWIAZDA WYCIĘTA NA PIERSIACH

Urodzona w 1933 r. dobrze pamięta krótkie lata zgody. W jej opowieści przetrwały jak wieczność. Dopiero w 1940 r. rodzina Tymoszków złożona z ojca, macochy i czworga dzieci opuściła Stanisławów. I zamieszkała w przygranicznych Kutach. To było typowe miasteczko na dalekich Kresach. Przed wojną miało kościół, cerkiew prawosławną i grekokatolicką, szkołę z językiem polskim oraz ruskim, gimnazjum i sąd. – Miejscowi uroczyście obchodzili święta katolickie i ukraińskie – grekokatolickie. Nie było z tym problemu – potwierdza krótko relacje wielu kresowiaków. Jedna z cioć Krysi była z kuckich Ormian. W Kutach też, jak pamięta, żyła garstka Żydów. Mozaika wyznań i nacji, choć z rysą pęknięcia, przetrwała Sowietów, do wkroczenia Niemców. – Ukraińcy współpracowali z Niemcami. Zajmowali różne stanowiska w urzędach. Wykorzystywali to. I jak tylko mogli, szkodzili Polakom – zaczyna Terlecka opowieść o łunach nad Czeremoszem.
(...)

Ukrainiec oskarża UPA

Macocha [po aresztowaniu ojca przez Niemców – przyp. D.B] została sama z czwórką dzieci. W dodatku obaj chłopcy, w wieku 17 i 15 lat, którzy i tak już pracowali przymusowo, mogli być w każdej chwili wysłani na roboty. Więc ona załatwiała w różnych urzędach, by ich uchronić przed wywózką. Jeździła do powiatowego Kosowa i Kołomyi. – Jakoś się udawało. Bo tam nie było znajomych Ukraińców – ocenia pani Terlecka.

Trzecim ich wrogiem był straszny głód. Na przednówku 1944 r. ludzie umierali. Bywało, że mała Krysia chodziła opuchnięta. Ciałko dziecka pęczniało od wody, którą piła, gdy nie miała co włożyć do ust. Potem, jak wspomina, było trochę lepiej. Bo latem całą rodziną pracowali na polu u jednego z Ukraińców. Dobry był człowiek z tego Dutkowskiego. A i Krysia była pilną robotnicą. Kiedyś dostała od niego w nagrodę torebkę cennej mąki kukurydzianej. Przysłał swojego robotnika do ich domu. – Z przykazaniem, że ma ją wręczyć właśnie mnie – uśmiecha się kobieta. Dutkowski był jednym z Ukraińców, którzy nie godzili się na mordowanie Polaków. To on pewnego razu doniósł, że zna listę osób, które mają być wkrótce zabite przez banderowców. Rodzina Krystyny była na tej liście.

Siedem ciosów nożem

Macocha podzieliła się natychmiast informacją z sąsiadami. Zorganizowano samoobronę i dyżury. Skazańcy skupili się w jednym mieszkaniu. Tylko dwóch mężczyzn pozostawiono na czatach. W razie zagrożenia mieli nadać sygnał. Wówczas schronieni mieli wyjść na pola, owinięci w białe prześcieradła. Bo to był marzec i jeszcze leżał śnieg. W tym czasie Krysia z dwojgiem rodzeństwa była ukryta w domu babci, nad samym Czeremoszem.

W nocy z soboty na niedzielę do pełnienia warty wytypowano Zbigniewa Tymoszkę, starszego brata Krystyny. I jeszcze pana Starożytnika, starszego już mężczyznę. Po północy ci dwaj wartownicy zobaczyli furmankę z Ukraińcami. Bandyci jechali, aby okraść młyn. – W jakiś sposób,jaki, tego już nie wiem – mówi Terlecka – udało im się złapać obu. Ten drugi, starszy człowiek, uciekł w zarośla w jakimś zamieszaniu. A bratu, jak niegdyś ojcu, powiedzieli: „Z tobą tylko porozmawiamy we młynie. Potem cię wypuścimy”. Ale nie wypuścili go. Po kilku dniach ciało chłopaka znalazł się na mieliźnie sąsiad, który łowił ryby. Mieszkający opodal brat drugiego wartownika widział w nocy, jak dorośli mężczyźni wiedli na brzeg chłopaka. Więc teraz było jasne, kiedy i jak zginął. Dostał siedem ciosów nożem po lewej stronie klatki piersiowej. – Od tego momentu w Kutach zaczęły się mordy Polaków – zaznacza Terlecka. Razem z nimi ginęli Ormianie. – A co się stało z Dutkowskim, który nas wówczas ostrzegł, nie wiem – przyznaje. – Bo Ukraińcy takich niepokornych mordowali tak samo jak nas, Polaków.

Wykop Skomentuj35
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura