49 obserwujących
196 notek
650k odsłon
  888   0

Kto dziś pamięta o Ormianach?

Szubienice na placu

Rosjanie, Niemcy, Węgrzy, Rumuni, Ukraińcy. Zmieniały się mundury żołnierzy, którzy w czasie wojny chodzili ulicami przygranicznych Kut. O teren walczyło kilka nacji. Po wycofaniu się Niemców w 1944 przez trzydzieści dni bezkrólewia – jak nazywali ten okres miejscowi – teren miała dla siebie UPA. Przez trzydzieści dni nikt im „nie przeszkadzał”. – Mordowali wszystkich, ktokolwiek tam się zjawił – podkreśla ze zgrozą Terlecka. Ale w Kutach już prawie nie było Polaków. – Mówili, że przed wojną mieszkało ich tysiąc. A została garstka. Może ze 100 osób? – przypomina sobie. – Ktoś może zapytać, czemu Polacy nie uciekli stamtąd wcześniej? – myśli głośno. I odpowiada – Bo przecież najpierw UPA wymordowało młodych mężczyzn, którzy by mogli coś zorganizować.

Wtedy weszli Rosjanie. Zaczęli regularne obławy na ukrywających się w lasach banderowców. – Dużo ich złapali – wspomina Terlecka. Ona sama pamięta jedną szubienicę na placyku w Kutach. Zawisły tam ciała czterech banderowców. – I każdy z nich miał na piersiach tabliczkę drewnianą. Na niej napisane, ilu Polaków zamordował. I ilu ludzi innych narodowości – relacjonuje ze smutkiem. Ale UPA działała dalej. Była na przykład w armii młoda dziewczyna. Rosjanie ją wysłali po coś z Kut do Kosowa. Trzeba było iść przez las. Innej drogi nie było. Tam już czyhali oni. – W okrutny sposób ją zamordowali – w głosie Krystyny brzmią łzy. – Wycięli jej gwiazdę na tu, na klatce piersiowej – palcem zakreśla kształt. Rosjanie znaleźli zmasakrowane ciało i przywieźli z powrotem do miasteczka. – Pamiętam, w sąsiednim domu był zorganizowany prowizoryczny szpitalik. Ona leżała potem w zakątku, w takiej pace, trumnie. Pamiętam, jak leżała… – kiwa głową Krystyna.

Wszyscy czekali, nie wszyscy wrócili

Już minął rok od zakończenia wojny, gdy do cioci przyszedł tajemniczy telegram: „Przyjeżdżaj, Mila. Jestem w Kładzku. Twój Władek”. „Boże?!” – westchnęła kobieta – „to niemożliwe”. Wuj Władek zaginął w trzydziestym dziewiątym, po tym gdy uciekł przez rzekę na rumuńską stronę. W końcu zabrała krowę, która cudem ocalała z banderowskiego pożaru. Mama wzięła worek suszonego chleba. Spakowała dokumenty. Wszystkie. I gdy tylko młodszy brat wyzdrowiał z tyfusu, rodzina odjechała transportem z Kołomyi. Ostatnim transportem miejscowych Polaków. W starym domu na Kresach zostały babcia i ciocia. Ta ostatnia wciąż czekała na męża z Syberii. Ale on nigdy nie wrócił z zesłania.

Ekspatrianci dotarli do Polski po 30 dniach. Tam Mila rzeczywiście odnalazła swego Władka. A Krysia z rodzeństwem poszli do polskiej szkoły. Ale wojna, jęki Zaremby, krew na piersiach tamtej dziewczyny na długo obciążyły psychikę dziecka. Terlecka przywołuje zwyczajne wydarzenie. Zmarł ojciec koleżanki z klasy, z przyczyn naturalnych. Mała Krysia długo nie mogła tego pojąć. Przecież już jest pokój. Nie ma wojny. Ludzie nie mogą teraz umierać.

Aleksandra Solarewicz

Tekst opracowany na podstawie nagrania relacji pani Krystyny Terleckiej z Wrocławia, w dniach 30.07.-6.08.2008, dokonanego przez dr Tomasza Gałwiaczka z IPN Oddział Wrocław, oraz rozmowy osobistej ze świadkiem.
____________________________________________________________

P.S. Autorem tytułowych słów jest człowiek, którego 120. rocznica urodzin przypada na jutro…

Lubię to! Skomentuj35 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura