Chociaż uważam Gazetę Wyborczą za antywzorzec uczciwego dziennikarstwa, a i blask jej dyżurnych autorytetów też mnie jakoś nie oślepia, to jednak jej apelu o zapalenie zniczy na grobach żołnierzy Armii Czerwonej nie uznaję za tak bardzo pozbawiony sensu, jak można było w ostatnich dniach przeczytać w tekstach kilku autorów. Autorzy owi wskazują słusznie na oczywisty fakt, że Armia Czerwona nie przyniosła Polsce wolności, jednak mają wyraźne problemy z odpowiednim wyważeniem historycznych racji, nie dopuszczając do swej świadomości dwóch elementarnych faktów:
1. Tego, że pod okupacją niemiecką zagrożone były same fundamenty biologicznej, kulturowej, politycznej etc. egzystencji narodu polskiego, co w żaden sposób nie równoważy nawet najdalej posuniętego ograniczenia politycznej suwerenności po 1945 r. i związanych z nim zbrodni systemu.
2. Tego, że na pozbycie się Niemców o własnych siłach nie mieliśmy żadnych szans, a żaden inny kandydat na wskrzesiciela wolnej Polski jakoś się nie objawił. Pisze Łukasz Warzecha, że „Armia Czerwona pomogła wyzwolić nas od Niemców”. Otóż bynajmniej nie „pomogła”, tylko po prostu – z pewną naszą pomocą – wyzwoliła, gdyż przecież to nie siły Polskiego Państwa Podziemnego niosły na swych barkach główny ciężar walki z Niemcami. Przy całym moim szacunku i sentymencie dla polskiej tradycji niepodległościowej nie mogę nie dostrzegać faktu, że dysproporcja potencjałów pomiędzy nami a Niemcami dawała nam mniej więcej takie same szanse na skuteczną z nimi walkę, jakie w starciu z Rosjanami mieli powstańcy styczniowi.
Armia Czerwona usuwając z naszych ziem Niemców realizowała oczywiście interes swojego państwa, ale to nie zmienia faktu, że obiektywnie działała w tym względzie również na naszą korzyść, gdyż w razie utrwalenia się na naszych ziemiach okupacji niemieckiej niewiele by już dzisiaj z Polski zostało. I to wystarczy, żeby zdobyć się na jakieś wyrazy wdzięczności wobec Rosjan. Nie ma w tym wypadku znaczenia, że powstała w wyniku owego wyzwolenia Polska była państwem kalekim, gdyż nawet w tak ułomnej postaci państwo to pozwoliło nam przetrwać jako narodowi. Tego krytycy akcji GW jakoś nie chcą przyjąć do wiadomości, snując jakieś niedorzeczne paralele pomiędzy stawianiem zniczy na grobach żołnierzy sowieckich i żołnierzy Wehrmachtu czy SS.
Krytycy owi nie dostrzegają również subtelnej różnicy pomiędzy uhonorowaniem żołnierzy Armii Czerwonej, a gloryfikacją tej ostatniej jako zbrojnego ramienia sowieckiego imperium. Otóż postawienie znicza na grobie żołnierza nie jest tym samym czym, dajmy na to, byłoby złożenie wieńca pod pomnikiem wdzięczności dla Armii Czerwonej. To nie będzie akt gloryfikacji reprezentantów wrogiego państwa, ale akt uhonorowania ludzi, których ofiara obiektywnie przyczyniła się do ograniczenia i tak już ogromnych strat Polski w II wojnie światowej.
U krytyków zniczowej akcji GW dostrzegam symptomy czegoś, co można by nazwać „syndromem litewskim”. Mam tu na myśli postawę właściwą niepewnym swego bytu narodom „po przejściach”, które rękami i nogami bronią się przed uznaniem historycznych racji swoich większych sąsiadów i niegdysiejszych antagonistów, obawiając się, że może to zostać wykorzystane przeciwko nim. Sądzę, że możemy się już pozbyć tego rodzaju kompleksów, gdyż jesteśmy narodem na tyle okrzepłym, że stać już nas na luksus oddania sprawiedliwości nawet naszym wrogom.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)