Ostatnimi czasy w maszynach drukarskich zaczęło braknąć farby, a w braviach kolorów, by wyrazić w pełni podziw i zachwyt publicystów nad przebiegłą zręcznością Miłościwie Nam Panującego Pana Premiera. Och!om i ach!om nie ma końca.
Mniejsza już o pogruchotane stawy kolanowe tego całego Kamińskiego, bo tyle, to byle dres potrafi. Tu raczej nie podziwiano finezji, raczej bezsprzeczną skuteczność. A skuteczność, to w nowoczesnej polityce (słowo „nowoczesny” odmieniano na wszystkie możliwe sposoby) - podstawa. Tu nawet pojawiły się głosy, że Pan Premier objawił siłę swego backhandu zbyt późno.
Jednym słowem Kamiński i jego CBA, to był doprawdy pikuś. Prawdziwym majstersztykiem okazał się widok najbliższych Panu Premierowi concigliere, którzy z niekłamanym zapałem sami jęli okładać się kijami, jednocześnie wśród doniosłych jęków recytując mantrę o swojej niewinności, wdzięczności, podziwie i dozgonnej lojalności wobec Pana Premiera. Zaiste, było na co popatrzeć. Pan Premier odsunął ich od siebie stanowczym i władczym gestem, nie dalej jednak, niż długość smyczy, którą dzierżył w dłoniach.
Zachwyty naszych publicystów były zaś tym większe i bardziej spontaniczne, gdy pod swoja poduszką znaleźli pewnego poranka koński łeb, trzymający w zębach fotografie kilku swych prominentnych kolegów.
Gdy więc w zeszłym tygodniu sejmowi pałkarze Pana Premiera rozwalili się ostentacyjnie w krzesłach komisji śledczej ds. badania machlojek PiS przy ustawie hazardowej, przejmując całkowitą kontrolę nie tylko nad mikrofonami, ale także nad zakresem śledztwa i dopuszczalnością zarówno dowodów jak i świadków, poprzestano tylko na odczytaniu oficjalnych komunikatów Partii i Rządu.
W tym całym nic się nie dzianiu, coś się jednak stało. Coś bardzo istotnego i znaczącego. Coś, po czym czcigodny nasz Pan Premier nie będzie już nigdy tym, kim był dotąd.
Bo kimże był nasz Pan Premier? Najbardziej apolitycznym politykiem w historii powszechnej.Królową Ludzkich Serc był naszą, ukochaną Lady Di na miarę marzeń, potrzeb i możliwości. I zajmował się tym, czym każda porządna Lady Diana zwykła się na co dzień zajmować: z nieśmiałym rumieńcem na licu wiódł duszoszczipatielnyje zwierzenia o Miłości, z chłopięcym wdziękiem kopał z kolegami piłkę, szczerze przejmował się losem ofiar pedofilów, bratał się z prostym ludem peruwiańskim i ogólnie uzdrawiał chorych, chodził po wodzie, zamieniał złotówki w euro i sprawiał liczne inne cuda.
Pozornie cały ten pałkarski zgrzyt wizerunkowy przeszedł niemal niezauważony. Wytworne towarzystwo na ten czas jęło, głośno chrząkając, podziwiać stiuki na sufitach, szybko wniesiono nowe tace z szampanem, przy którym natychmiast zmieniono temat rozmów na liczne przymioty panny Maryny i innych Cimoszewiczów.
Odtąd jednak, bez względu na to jak rozkosznie nasz Pan Premier trzepotał będzie rzęsami, gdzieś na dnie siatkówki oka pozostanie obraz tej prostej, drewnianej pały. I wśród tych różów, tiulów i pasteli coraz częściej na przypudrowanym liczku ktoś zauważy trzydniowy zarost, a w zgrabnej i delikatnej rączce dostrzeże owłosione, żylaste łapsko z sękatym kijem.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)