Obudził się tuż przed piątą, czujny i w pełni świadomy. Zastanowił się krótką chwilę, mentalnie oceniając swój stan. O dziwo - chyba był niezły, by nie rzec dobry. Wstał z łóżka i podszedł do biurka. Wszystko w normie, zero zawirowań, pewny krok. Spojrzał na zielony kubek na blacie i przypomniał sobie. Wino od Kłusownika, przed snem chyba trochę jeszcze go wypił. Krótkie spojrzenie na butelkę, by ocenić wizualnie najpierw pozycję a potem stan. Stała dokładnie tam gdzie stać powinna, czyli z boku biurka, tak by nie zahaczył jej przypadkiem nogami siedząc przy nim, i jednocześnie by łatwo mógł po nią sięgnąć. Wypił około połowy. Westchnął. Niepotrzebnie przegiął ale mimo wszystko nie było źle, wystarczyło zdjąć bluzę i spodnie, wrócić do łóżka i dobrze się wyspać. Kac powinien być znośny. Odespać! To najważniejsze.
Z drugiej strony nie chciało mu się spać. Czuł się wypoczęty i miał ochotę zapalić. Zastanowiwszy się chwilę otworzył okno i wyciągnął papierosa z paczki. Zaciągnął się kilka razy i wybudziwszy laptopa kliknął na ostatnio odtwarzany utwór. Uśmiechnął się do siebie słuchając pierwszych sekund Ulyssesa Franza Ferdinanda. Dobrze, że mam już za sobą takie wygłupy, pomyślał pociągając łyk z kubka.
Obudził się nagle, świadomość wróciła po krótkiej chwili, było mu zimno, miał lekkie dreszcze. Nie tyle wstał co zwlekł się z łóżka. Łupanie w głowie było odczuwalne ale nie aż tak silne. Zmusił się, żeby pójść do toalety, choć odległość kilkunastu metrów dzielących gabinet i małą łazienkę wydawała mu się nie do przebycia, dwukrotnie musiał się zatrzymywać by odpocząć. Opróżnił pęcherz i uznawszy, że nie da rady umyć rąk, wrócił do gabinetu. Ostatkiem sił usiadł przy biurku. Spojrzał na butelkę – nie jest źle, ocenił. Wypił nie więcej niż 3/4. Po czym coś sobie uświadomił. Butelka po winie leżała przewrócona obok biurka, na jej miejscu była whisky przyniesiona z barku. Przyjrzawszy się butelce rozpoznał "Unvanquished", jak na jego gust był to bardzo przyzwoity blend w bardzo dobrej cenie.
Po wieczorno-nocnym chlaniu z oddziałem dobiłem się winem, potem odespawszy trochę, opróżniłem resztę porto i 3/4 butelki 46% whisky. Jestem skończonym debilem. I będę zdychał jak żałosny, skończony debil, skonstatował z szubienicznym spokojem.
Coś robił. Próbował jeść ale bez powodzenia. Wiedział, że potrzebuje uzupełnić płyny, ale po dwóch łykach herbaty nie mógł się zmusić do czegokolwiek innego niż kawa. Która z jednej strony trochę pomagała ale jak z doświadczenia wiedział, krótkotrwałe pobudzenie oznaczało jeszcze gorsze drżenie i wewnętrzny niepokój później.
Wytrzymał jakoś do późnego popołudnia, zmuszając się do regularnego picia wody mineralnej. Nie było to proste bo nawet woda powodowała torsje ale małymi porcjami wypił około litra. Po czym poszedł na spacer za Jednostkę. Dał radę przejść może z półtora kilometra ogółem i to z ledwością. Wrócił do budynku swojego oddziału starając się unikać jakiegokolwiek kontaktu z podwładnymi ale widział ich rozbawione i współczujące spojrzenia.
- Nie ma mnie dla nikogo - warknął do dyżurnego i poszedł do siebie.
Położył się na łóżku w wydzielonej części swojego gabinetu i rozebrawszy przeleżał tak około 40 minut. Wewnętrzne rozdygotanie zamieniło się w fizyczne drżenie, wręcz lekkie drgawki. Zerwał się i wyciągnął spod łóżka torbę. Zgarnął czyste bokserki i koszulkę i założył na siebie dresowe spodnie. W plastikowych kubotach przeszedł głównym korytarzem do tylnych schodów na parter. Szczęśliwie nie spotkawszy kogokolwiek dotarł do głównej umywalni. Wziął czysty ręcznik ze stosu i nowe szare mydło. Spędził pod prysznicem dobre 20 minut. Miał zwyczaj przeplatać ciepły prysznic lodowatym ale tym razem cały czas stał pod wodą którą normalnie uznałby za zbyt gorącą. A gdy tylko wychodził spod gorącego strumienia, zaczynał drżeć z zimna. Bliski omdleniu zmusił się do zakręcenia strumienia wody i wytarłszy do sucha przebrał i wrócił do gabinetu.
To kurwa tylko kac! Zezłościł się na siebie, pijąc gorącą czarną herbatę z łyżeczką cukru. Nie pierwszy w moim życiu choć jak najbardziej ostatni. Nigdy kurwa więcej, dosyć tego spierdolenia, przecież ja nawet nie lubię się uwalać. Uspokoił się wewnętrznie i pociągnął kolejny łyk.
I nagle poczuł, że się dusi. Jego płuca przestawały funkcjonować. Miał coraz większe problemy z oddychaniem. A im bardziej starał się uspokoić i przestać myśleć o oddychaniu tym bardziej się na tym skupiał. Doszedł do szafki w rogu i wyjął małą czarną buteleczkę. Drżącymi rękami, rozlewając, nalał na łyżeczkę płynu. Uświadomił sobie, że nie podniesie jej do ust bez rozlania całości. Pomagając sobie drugą ręką, przytrzymał łyżeczkę i pochylił się nad nią. Przytrzymał w ustach zawartość licząc do dwunastu i rozprowadzając po dziąsłach, po czym przełknął.
Położył się na łóżku, zerwał, już znacznie wolniej, ciężko oddychając, podszedł do kaloryfera i upewnił że jest w pełni odkręcony. Wrócił do łóżka i skulił pod kocem.
Najważniejsze to zasnąć i dotrwać do rana, pomyślał. Jak mi się uda wszystko będzie dobrze. Przeżyję. Obudzę się w dobrym nastroju, zjem śniadanie. Wypiję kawę i zapalę papierosa. Życie będzie cudowne, a ja już nigdy nie popełnię tak durnego błędu. Nigdy.
Długo nie mógł zasnąć, temperatura w gabinecie liczyła już zapewne dobrze ponad 25 stopni a on drżał z zimna pod wełnianym kocem ze wszystkich sił starając się stracić świadomość. Jak na złość, gdy zaczynała odpływać, wracała pod wpływem dźwięków przenikających przez grube mury do wygłuszonego gabinetu. Przeklinał swój czuły słuch i swoją głupotę, aż w końcu usnął.
96
BLOG
Krótka forma literacka.



Komentarze
Pokaż komentarze