"Nie można stworzyć własnego mitu", mówi religioznawca z USA, a ja się z nim nie zgadzam. Przez mit rozumiem tutaj nie to, co potocznie się rozumie: fałsz, coś przeciwnego faktom, kłamstwo, nieprawda. Nie. Poza naukową drogą poznania świata istnieje droga mityczna. Wszystkie opowieści o sensie życia mają mityczną naturę. Także nauka, by uzasadnić swoje istnienie, musi uciekać się do pozanaukowego dyskursu, a więc właśnie do narracji. Takimi narracjami, a właściwie metanarracjami, narracjami totalnymi, zawierającymi odpowiedzi na pytania podstawowe są zarówno chrześcijaństwo i islam, jak i marksizm i wieczny powrót Nietzschego. Można mówić o rozwoju stosunków własności i kształtowaniu się klas i to jest nauka. Gdy opowiada się, że światem rządzi konieczność, która doprowadzi do eliminacji klasy wyzyskiwaczy i nastania raju na ziemi- wtedy analizy dostarczone przez naukę służą budowaniu mitu. Naszym faktem historycznym jest Jezus, który narodził się, głosił dobrą nowinę o królestwie Bożym i został ukrzyżowany. Chrystus wskrzeszony przez Boga i zasiadający po jego prawicy, skąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych- to Jezus poddany mitycznej interpretacji. Co nie znaczy fałszywy. Co nie znaczy prawdziwy. To nie te kategorie. Sensu ludzkiego życia nie sposób ująć w zbiór weryfikowalnych sądów.
Być chrześcijaninem to uwierzyć w mitologiczną interpretację osoby Jezusa. A żeby to zrobić, trzeba wcześniej uświadomić sobie, że możliwa jest inna interpretacja. Wzrastałem w moim katolicyzmie w przekonaniu, że wiara mówi o tym, jak jest "naprawdę": tak sprawy się mają, jak naucza Kościół. Brałem więc pewną interpretację rzeczywistości związaną z pewną określoną religią za samą rzeczywistość. Naiwne, powie ktoś. Pewnie. W polskiej atmosferze jednak możliwe dla niegłupiego dwudziestokilkulatka, z niesmakiem patrzącego na krytykę religii serwowaną przez tygodniki antyklerykalne.
Dwa lata temu wszedłem na drogę, w trakcie której zrozumiałem, że nie muszę zgadzać się na interpretację właśnie dlatego, że jest tylko tym, czym jest: interpretacją. Ewangelia była dla mnie zawsze raczej kakangelią, złą nowiną, straszną prawdą o tym, jak świat wygląda i ku jakiemu celowi zmierza. Umierający na krzyżu Jezus nie robił na mnie wrażenia- wystarczyło zamienić Ewangelie na Apokalipse, aby się przekonać, że on wraca, aby żydom, poganom i heretykom zgotować los nieskończenie gorszy, niż śmierć ciała. Kiedy uświadomiłem sobie, czym w istocie jest opowieść o Chrystusie, o Sądzie, Piekle i Niebie nie potrzebowałem już niczego wiecej. "W jaki sposób ktokolwiek może w to wierzyć, jeśli wierzyć w to nie musi?", pytałem, i do dziś nie opuszcza mnie zdumienie. Byłem wolny. Odszedłem ze wspólnoty wierzących, jak odchodzi się spod kratek konfesjonału: któż mógł przewidzieć, że może być radość tak wielka?



Komentarze
Pokaż komentarze (4)