Maciej Gdula opublikował na swoim blogu notkę, w której napisał trafnie:
"Jeśli ktoś miał złudzenia, że urynkowienie związane jest z obniżaniem cen, niech lepiej szykuje portfel."
Ponieważ na tym portalu dość sporą grupę stanowią różnej maści korwiny i inni "kapitaliści utopijni", więc pozwolę sobie dodać słów kilka. Postaram się mianowicie wyjasnić dlaczego urynkowienie spowoduje wzorst cen. Robię to z perspektywy "ma się maturę i kursa niektórę", ale myślę, że mechanizmy ekonomiczne, które doprwadzą do wzrostu cen to te, których opis można znaleźć w każdym porządnym podręczniku ekonomii burżuazyjnej, najlepiej wydanym w USA (Begg czy Samuelson); nie będę się zatem tu powoływał na Marksa, Żiżka ani von Danikena - mainstreamowa ekonomia zupełnie wystarczy.
Jak wiadomo, w gospodarce rynkowej cena jest rezultatem działania popytu i podaży; przy czym oczywiście chodzi o popyt realny (czyli wyrażony w pieniądzach) a nie o jakieś 'potrzeby' gołodupców. Dużo ludzi może sobie chcieć kupić nowego Lexusa, ale popyt kształtują ci, którzy mają na to pieniądze.
Teraz trochę o specyfice usług medycznych: popyt na nie jest dość sztywny, to znaczy, że jeśli ktoś choruje na raka, to raczej trudno mu będzie zreyzgnować z usługi leczenia. Z drugiej jednak strony leczenie to jest usługą dość kosztochłonną. Medycyna jest także rynkiem z dość wysokimi "kosztami wejścia" - robotnik wyrzucony ze Stoczni raczej nie przekwalifikuje się na lekarza i nie otworzy prywatnej kliniki. Wszystkie te czynniki w sposób oczywisty prowadziłyby do lawinowego wzrostu cen w przypadku uwolnienia rynku - jak powszechnie wiadomo, przy sztywnym popycie podnoszenie cen jest najlepszą strategią, jeśli tylko nie zagraża nam zbytnio konkurencja.
W obecnej sytuacji mamy do czynienia z niedostosowaniem popytu do podaży oraz zapewnionego państwowo dostęu do usług. W konieczny sposób prowadzi to kolejek, łapówek i innych patologii. Rynek w szybki sposób poradził by sobie z tymi patologiami - ustaliłby takie ceney, że popyt zrównałby się z podażą. Nie byłoby kolejek, bo nie ustawiałaby się w nich boiedota.
Nie jest bowiem nigdzie napisane, że w warunkach gospodarki rynkowej zostaną zaspokojone podstawowej potrzeby wszystkich, ani nawet znaczącej liczby uczestników rynku. Rynek zapewnia optymalną alokację zasobów, na to można się zgodzić. Ale nie mówi to jeszcze nic o tym, że każdemu przypadnie jakaś satysfakjonująca ilość tych zasobów. Być może zatem okaże się, że na usługi medyczne w naszym kraju będzie stać jakieś 30% populacji (liczba wzięta z czuba, ale nie znam żadnego opracowania, które mówiło by o innej).
Odpowiedź naszych koliberków jest aż nazbyt łatwa do przewidzenia - ludzie będą więcej zarabiać. Tyle, że jak wynika z praw ekonomii mediana realnych zarobków brutto nie może raczej rosnąć szybciej niż PKB (każdy inny wzrost płac zostanie "zjedzony" przez inflację). A w Polsce mediana zarobków brutto nie wygląda jakoś imponująco na tle np. takiego usa. A koszty opieki wcale nie muszą być dramatyczne niższe - szprzęt nie jest o wiele tańszy, a lekarze też ludzie i muszą żyć godnie (tzn. w domu z 2 miśkami w garażu).
Zatem urynkowienie służby zdrowia, w moim odczuciu, doproadzi do tego, że duża część ludności będzie po prostu z rynku wykluczona. Ekonomia ortodosksyjna podpowiada, że jeśli ludzi nie stać na jakieś dobro, to wybierają substytut - jak cię nie stać na lexusa kupujesz rower. Wygląda na to, że idą złote czasy dla szamanów i bionergoterapeutów.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)