zapiski z werandy
Ab hoste maligno defende me
0 obserwujących
2 notki
1379 odsłon
  429   4

Bo to kot wybiera człowieka ... Karolinie Nowickiej do sztambucha ...

AAgatowski
AAgatowski

Będąc mężczyzną „second-hand”, po przejściach, metrykalnie 40 plus VAT + ZUS. Stosunek do służby wojskowej i obowiązków alimentacyjnych uregulowany. Znaków szczególnych i nałogów – brak.

No i właśnie wtedy, w samym środku kryzysu wieku średniego, kiedy wydaje się, że to co było do przeżycia, zostało przeżyte i pozostają już tylko wspomnienia czasu przeszłego dokonanego i szafka leków na nadciśnienie, wtedy pojawiła się Ona … ta z serii „najtrudniejszych miłości”, niespełnionych i nieprzewidywalnych a przez to może najpiękniejszych. Pojawiła się nagle i niespodziewanie, skoro to nie człowiek kota, ale kot wybiera człowieka …

Wykonując wolny zawód odizolowałem się na czas koronakryzysu na wsi, w domu po moich Dziadkach, w którym dziś zamieszkuje moja Mama. Z dnia na dzień jako mieszczuch zacząłem doceniać uroki rustykalnego życia, wynosząc laptop służący mi za całe biuro na taras i z pozycji tarasu smakowałem rzeczywistość. I właśnie wtedy, gdzieś tak w połowie deszczowego czerwca 2020, przyszła Ona … nieśmiała, przestraszona, jakby zgubiła drogę, a może tylko zaskoczona moją obecnością. I to był ten właśnie moment – pierwszego spojrzenia. Komentarz mojej Mamy był po kobiecemu pragmatyczny – „trzeba by jej coś dać” (w sensie do jedzenia). I tak się zaczęło …

Jej pierwsze wizyty miały raczej charakter incydentalny, sporadyczny … wyczekiwała na swoją porcję „mięsa z kury” albo innych zapasów z lodówki z pewnej odległości, za ogrodzeniem … by zbliżyć się dopiero mając pewność, że jestem na tyle daleko i na tyle spokojny i by pokazać czym jest „syndrom głodu”. Po pewnym czasie zawartość lodówki została zastąpiona intuicyjnie podawaną karmą, a wszystko z zachowaniem większych odległości niż te wymagane reżimem sanitarnym – żadnego głaskania, miziania, zbliżania się … Zapamiętała miejsce, przychodziła – mniej lub bardziej regularnie i zjadała do ostatniego kawałeczka (żadnego grymaszenia), to wszystko co zostało podane do stołu (ze szczególnym wskazaniem na wołowinę w sosie z saszetki). Wkrótce też zaczęła ewoluować moja rola - z „jadłopodawcy” na opiekuna spokoju czasu posiłku - „Kicia” (proste, bezpretensjonalne i co ważniejsze rozpoznawalne przez Nią imię) pod moją chwilową nieobecność podczas karmienia była przeganiana przez inne koty (dwa razy od niej wyższe a trzy razy silniejsze kocury). Tak rozumiana wspólnota stołu nie oznaczała jednak powstania zażyłości – kotka tolerowała moją bliskość pozwalając (raczej niechętnie) na delikatne pogłaskanie grzbietu w chwili największej euforii związanej z pałaszowaniem podanego pokarmu.

Nasłoneczniony taras stał się pretekstem do powtarzających się odwiedzin Kici, ot tak po prostu, by posiedzieć, powylegiwać się, potowarzyszyć w spokoju, bez zbędnego rozgadywania się, w polifonii odgłosów natury i stukotu klawiatury. Kątem oka obserwowaliśmy się nawzajem, związani cichą umową, że taki modus vivendi wyznacza początek i koniec naszego spoufalania się. I wszyscy byli zadowoleni.

Na początku października na dwa dni dom i taras opustoszały. Za nowo odkrytą nieznaną mi dotąd tęsknotą pojawiła się troska – czy i jak sobie „kotek” poradzi bez „dokarmiania”, które na przestrzeni dwóch miesięcy stało się naszą „nową świecką tradycją”. W dniu mojego powrotu zjadła chyba nawet więcej niż zwykle, a kolejnego dnia po prostu usiadła na stole na tarasie obok laptopa, by mnie przypilnować, bym już więcej nie wyjeżdżał, a we mnie serce rosło i rosło – po prostu usiadła obok, na stole – czujna i przezornie zachowująca dystans (i tyle – żadnego zbliżania się, co to, to nie). Wtedy też moja Mama zwróciła uwagę (ach kobieca intuicja, a raczej pragmatyzm), to nie jest efekt mojego dożywiania, ale przejaw ciąży. Z tą świadomością było mi łatwiej pogodzić się z nagłym zniknięciem Kici. Byłem bezbronny wobec mojej tęsknoty. I proszę sobie wyobrazić, że po trzech dniach od „zniknięcia” wróciła – wychudzona, z postrzępionym futerkiem na brzuszku, niespokojna, łapczywie zaspokajająca głód i kombinująca na wszystkie możliwe sposoby, bym nie patrzył dokąd odchodzi … Przychodziła tak każdego dnia punktualnie o 15 na szybki posiłek – połączony – a jakże z rytuałem mycia, bo to proszę Pani pedantka-elegantka jest, a nie jakaś tam wiejska dzikuska. I proszę mi wierzyć, że tamte dni wypełnione były wyczekiwaniem na godzinę 15 – dzień zaczynał i kończył się o 15. Jako, że dotychczas byłem skończonym arogantem jeśli chodzi o świat zwierząt, nie odróżniającym królika od zająca, przewertowałem internety wzdłuż i wszerz, by dowiedzieć się jak najwięcej o ciąży u kotów, o narodzinach, połogu. Ale to nie był dobry czas – pierwsze dwa tygodnie października okazały się wyjątkowo zimne i deszczowe – ściana deszczu każdego dnia, dzień po dniu. I kiedy już wróciło słońce i wyższe temperatury Kicia po rytuale „fast-foodu” nie kombinowała jakby tu najszybciej się urwać i wrócić, bo chyba nie miała do kogo już wracać … (mogę tylko spekulować, że przegrała walkę z przeraźliwym zimnem, a może gniazdo odkryły miejscowe borsuki czy lokalny „pan i władca - kocur”, a może któremuś z gospodarzy przyszło do głowy by rozprawić się z gniazdem w „tradycyjny” sposób …). A skoro nie miała dokąd wracać - po prostu została na tarasie, zajmując strategiczne dla siebie miejsce na stole. I wówczas, kiedy się otrząsnąłem, (tak, traumę utraconych dzieci wziąłem na siebie) powiedziałem Kici: „No to teraz mamy już tylko siebie”…

Lubię to! Skomentuj7 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości