zapiski z werandy
Ab hoste maligno defende me
0 obserwujących
2 notki
1433 odsłony
  483   5

Bo to kot wybiera człowieka ... Karolinie Nowickiej do sztambucha ...

AAgatowski
AAgatowski

Stół na tarasie stał się centrum naszego świata. Szeroki i długi, że można się wygodnie wyłożyć (w końcu laptop jak nazwa wskazuje jest do trzymania na kolanach a nie na stole zarezerwowanym dla kota). Towarzyszyło mi ogromne wzruszenie, kiedy Kicia położyła się wygodnie na tymże stole mając za legowisko futrzany gruby kołnierz z płaszcza mojego Dziadka i pierwsze sztruksowe spodnie mojego Syna (tak, tak, kot łączy pokolenia). A skoro legowisko, to i pierwsza kartonowa budka. Na tyle „fajna”, że Kicia zdecydowała się na tarasie spędzić swoją pierwszą noc. Kolejnego wieczora sytuacja z „przenocowaniem” miała się powtórzyć, tyle, że wieczór był już chłodniejszy i wówczas w na drodze naszej zażyłości wykonaliśmy krok milowy ku sobie – Kicia pozwoliła się otulić miękkim polarowym kocykiem, a ręka człowieka, której się dotąd tak bała (i nadal boi, tak jak boi się nogi) przyniosła ze sobą, nie ból ani cierpienie, ale kojące ciepło. Dziś budka jest z grubego styropianu, z termoforem w środku (ostatnio nieakceptowanym), z futrzanym kołnierzem Dziadka, lizanym tak jak liżą się między sobą „zaprzyjaźnione” koty, ale „rytuał otulenia kocykiem” stał się dla nas czymś więcej niż troską o komfort termiczny. W tym prostym geście otulenia kocykiem wypełnia się cała intymność tej relacji – głaskanie zaś przez miękki kocyk to właśnie to co Kicia lubi najbardziej – chociaż głaskanie i drapanie jej brody również sprawia jej nieukrywaną przyjemność. Wtedy i w zasadzie tylko wtedy – wieczorem, po „kolacji” , kiedy Kicia wchodzi do domu przez otwierany z góry dach. To takie nasze „randki” pod księżycem, kiedy padają najczulsze słowa odwzajemniane czułością szorstkiego języczka na dłoni lub czole. Poranki już takie sielankowe nie są (wzrok Kici zdaje się wtedy mówić dobitnie „między nami nic nie było”), a przy „śniadaniu” co najwyżej mogę dać palec do powąchania. I jak się Pani domyśla i tak jestem szczęśliwy, że mogę dostąpić tego zaszczytu obwąchiwania palca.

To już powoli koniec najdziwniejszej jesieni mojego życia. Jesieni 2020. W zupełnej izolacji, na odludziu, z najdziwniejszą miłością, która nie wiadomo, czy przyszła za wcześnie czy za późno, a może na czas… Miłością do kruchości zamkniętej w futerkowym ciele wiejskiej dzikuski. Kicia dopingowała mnie w ostatnich jesiennych pracach w ogrodzie. Przychodziła, siadała, obserwowała. Przewracała się na grzbiet biegając za liśćmi, wdrapywała na najwyższe gałęzie Dziadkowych jabłoni, chodziła przy nodze kiedy wywoziliśmy razem liście z ogrodu na teren zarezerwowany dla „pana i władcy - kocura” (widocznie jestem przekonywujący, składając Jej zapewnienia, że przy mnie nie ma się czego bać). Z każdym dniem tych pretekstów, by żyć jakby obok siebie, ale jednak razem, będzie coraz mniej – już nie prowadzę biura na tarasie, a liście w ogrodzie za chwilę przykryje śnieg.

Tak, ta wiejska kotka przesłoniła mi świat, weszła po cichutku na tych swoich dyskretnych czterech łapkach w moje życie, w popękaną skorupę serca, … drzwi tego domu stały się takim balkonem niespełnionych kochanków z Werony, spotykających się 4-5 razy w ciągu dnia na posiłek (ach jak Ona potrafi cudownie grymasić zwłaszcza przy kolacji, rekompensując mi odkładane na bok dwie pierwsze saszetki karmy zjadając tę trzecią z ręki) i tulenie się w polarowy kocyk w domku ze styropianu. A może to po prostu za wcześnie na takie marzenia, by zabrać Ją do domu, skoro przecież nie pozwala się nawet zabrać na ręce … Ale przecież właśnie wtedy wraca jak głos nieustępliwego sumienia, wraca Mały Książe ze swoim przekazem o odpowiedzialności za to co zostało przez nas „oswojone” …

***

Początek jesieni 2021.

Choroba przyszła nagle i niespodziewanie. Ta, która nie pozwoliła zabrać się na ręce, nie da się nabrać na żadne klatki-łapki i podróż w daleki sterylny świat gabinetu weterynarza. Przyszła się „pożegnać”. Usiąść na swoim tarasie, jeszcze raz spojrzeć, obwąchać i poocierać się o te wszystkie przedmioty, które na przestrzeni roku stały się bardziej Jej niż moje … Przyprowadziła małą kuleczkę, wyglądającą jak Jej klon, ponad trzymiesięczną już kotkę – jedyną z miotu, która została (ostała się) przy mamie … jakby chciała prosić, żebym kochał to maleństwo nie mniej niż Ją … w tym geście powierzenia nowego, dopiero co rozpoczętego Życia, przekaz wydawał się dość oczywisty, że to nie człowiek kota, ale kot wybiera człowieka … Trzymiesięcznemu Maleństwu, jak kiedyś jego mamie, mogłem był tylko wyszeptać przez łzy: „No to teraz mamy już tylko siebie”…

***

Los bowiem synów ludzkich jest ten sam,

co i los zwierząt;

los ich jest jeden:

jaka śmierć jednego, taka śmierć drugiego,

i oddech życia ten sam.

W niczym więc człowiek nie przewyższa zwierząt,

bo wszystko jest marnością.

(Księga Koheleta, 3,19)


Lubię to! Skomentuj7 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości