Dwa teksty. Dwóch blogerów. Jednego w sumie szanuję, drugiego - znacznie mniej. Nawet nie wiedzą, że istnieję, pal licho.
Rybitzky tworzy portret diabła wcielonego, cynicznego gracza. Miesza się uznanie z odrazą:
Muszę przyznać, iż dziś nabrałem podziwu dla Donalda Tuska. Ten człowiek jest naprawdę sprytnym politykiem.
(...)
(...)
A ja się zastanawiam skąd znam ten ton. Gdzie to czytałem? I po chwili do mnie dociera - coś podobnego można było przeczytać po każdym z licznych przesileń w rzadzie Jarosława Kaczyńskiego. Ba, nawet mi się zdarzało stworzyć kilka tego typu "analiz", zarówno sytuacji, jak i charakteru, choć oczywiście nie tak literacko wysmakowanych ani logicznie zwięzłych.
Ale ze nie taki diabeł straszny jak go malują, natychmiast przekonuje Toyah. A karząca ręka, ludu bodaj, już czeka:
To że Donald Tusk zachowuje się tak jak się zachowuje, jest dla mnie całkowicie zrozumiałe. On walczy o życie. On wie, że jeśli przegra tę walkę, która – nawet on to widzi – jest praktycznie nie do wygrania, to na końcu tej drogi jest już nawet nie polityczny niebyt, ale już tylko więzienie.
(...)
Jedyne wyjaśnienie dotyczące tej zagadki, jakie mi przechodzi do głowy, to takie, że proces intelektualnej i czysto ludzkiej korupcji, jaka opanowała ten rząd, tę partię i to towarzystwo, zaszedł tak daleko, że oni już nie są w stanie zachowywać się jak ludzie. Świat w jakim oni się znaleźli, to świat gdzie zasady obowiązujące w cywilizowanej przestrzeni już nie istnieją. I dla nikogo – podkreślam, dla nikogo z uczestników tego projektu – nie istnieje już ani poczucie naturalnego porządku, w którym czyny mają swoje konsekwencje, a za błędy ponosi się karę, ani choćby zwykłe, ludzkie uczucie niepokoju. Przez swoje zanurzenie w tym zepsuciu, nikt z nich nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że za to co robi, spotka go kara.
Donald Tusk, premier rządu, za to co dotychczas zrobił i co wciąż robi, poniesie odpowiedzialność. Oczywiście, on sam ma nadzieje, że nie. Ale on jest w stanie pełnej – i oczywiście zrozumiałej – histerii. To że, chyba po raz pierwszy w historii, szczury nie uciekają z tonącego statku, to zjawisko niezwykle interesujące.
I znowu jestem zachwycony formą. I znowu wiem, że to już czytałem. Jesienią 2006,a może latem 2007? Kiedy Jarosław Kaczyński wydawał się nieobalalny. No nic, skopiuję do schowka i za cztery lata (chyba jednak cztery) puszczę w obieg. Jako własny tekst. Wystarczy zmienić ze dwa nazwiska. Oczywiście jeśli Salon jeszcze będzie istnieć.
--
Ludwik Dorn na szefa CBA! Najlepszy z najgorszych...


Komentarze
Pokaż komentarze (9)