Sceptyczny Wierzyciel Sceptyczny Wierzyciel
1765
BLOG

III Wojna Walutowa

Sceptyczny Wierzyciel Sceptyczny Wierzyciel Gospodarka Obserwuj notkę 29

II Wojna Światowa zaczęła się we czwartek. To był rok 1929, ostatnia dekada października. W ten czwartek, zwany potem czarnym, rozpoczął się wielki krach amerykańskiej giełdy papierów wartościowych przy Wall Street. Indeks Dow Jones na zamknięciu osiągnął wartość 299 punktów, przy rekordowych obrotach. W ciągu trzech lat miał spaść do mniej niż jednej siódmej tej wielkości, do minimalnej wartości 41 punktów latem roku 1932. Rozpoczęła się Wielka Depresja, czas załamania światowego handlu i zniszczenia gospodarczej pomyślności. W ciągu kilku lat drastycznie spadała produktywność największych gospodarek, obroty światowego handlu spadły trzykrotnie, fala bankructw doprowadziła poziom bezrobocia w USA do katastrofalnego poziomu ponad 30% siły roboczej, przy braku osłon socjalnych. Niezwykle dotkliwe skutki tej gospodarczej katastrofy dla zniszczonych wojną Niemiec wyniosły do władzy Adolfa Hitlera i umożliwiły mu zdobycie poparcia dla jego przesyconej agresją i nienawiścią ideologii.

     Hipotez na temat przyczyn Wielkiej Depresji jest tyle, ile ważnych szkół ekonomicznych. Według Keynesa - powodem była zbyt pasywna polityka rządu,  w odpowiedzi na problemy giełdy - zbyt duża pasywność rządu w stymulowaniu redystrybucji dóbr i inwestycji. Wg monetarystów - zbyt pasywna polityka monetarna, brak stosownej emisji pieniądza w odpowiedzi na załamanie rynków finansowych. Wg klasycznej, liberalnej szkoły austriackiej - zbyt agresywna emisja pieniądza przed kryzysem i protekcjonizm handlowy po jego rozpoczęciu.  Wg rosyjskich marksistów (przepraszam za włączenie do zbioru szkół ekonomicznych) - była to zasłużona kara za chciwość bezwzględnych kapitalistów (orientalnej proweniencji) i triumf marksistowskiej prawdy o człowieku i społeczeństwie. Z tych hipotez, jedynie ta marksistowska wydaje się być jednoznacznie wykluczona.

    Przyczna Wielkiej Depresji jest więc niejednoznaczna, prawdopodobnie przyczyn jest wiele. Można jednak spojrzeć na problem skromniej, mniej fundamentalnie, a bardziej fenomenologicznie. Bezpośrednią, przyczyną Wielkiej Depresji był brak równowagi w gospodarce i na rynkach finansowych. Brak równowagi między kredytem, a stopą zwrotu, między produkcją, a konsumpcją,  między oczekiwaniami i możliwościami. Skutkiem ujawnienia się tej nierównowagi była panika, która kazała inwestorom wycofywać się z rynków finansowych i wyprowadzać oszczędności z banków, co prowadziło do bankructwa banków i napędzało jeszcze większą panikę. Ten mechanizm zniszczył oszczędności i kredyt. Ponadto, rząd USA, w odpowiedzi na załamanie, sięgnął po protekcjonizm, zwiększając cła importowe, co pogorszyło jeszcze wydajność gospodarki amerykańskiej i przyśpieszyło rozlewanie się kryzysu do Europy, w tym do Niemiec.

    Obecne czasy w światowej gospodarce wykazują pewne podobieństwa do lat 1920-tych. Polityka monetarna ostatnich 20 lat w Stanach Zjednoczonych jest luźna lub agresywna. Wynikły z tego stanu rzeczy wielkie bańki spekulacyjne: ta giełdowa, która pękła w roku 2000, ta na rynku nieruchomości i instrumentów pochodnych, która pękła w roku 2008 i ta trzecia, właśnie nadymana - bańka na rynku długu publicznego. Skutki pękania każdej kolejnej (większej) bańki są  łagodzone przez coraz bardziej agresywne posunięcia monetarne (emisja pieniądza) i fiskalne (dług i wydatki rządowe) rządu USA. Ostatnie lata, w których poziom rezerw obowiązkowych dla banków w Stanach Zjednoczonych został zredukowany prawie do zera, a federalne deficyt budżetowe przekraczają 10% PKB Stanów Zjednoczonych  (prawie 1.5 tysiąca miliardów dolarów w tym roku) - to czas stosowania ostatniej już chyba broni, jaką mają władze publiczne, by walczyć z kryzysem metodami Keynesa. Jeśli pęknie ostatnia bańka - na rynku obligacji  rządowych (co jest na razie na razie testowane w Grecji i Islandii) - to może zapanowac globalny chaos ekonomiczny, porównywalny z Wielką Depresją lub większy.

    Napięcia finansowe w światowej gospodarce mają bardzo wyraźny profil geograficzny, lub wręcz cywilizacyjny. Lokuja się głównie w basenie Pacyfiku, w którym trwa ostra rywalizacja światowego hegemona - Stanów Zjednoczonych, z aspirantem do roli równorzędnego mocarstwa: Chinami. Chiny, choć bardzo ludne i dynamiczne, są wciąż biedne. Brak im najnowszych technologii, dobrej infrastruktury. Mają za to bardzo tanią, ale pracowitą siłę roboczą, silną władzę państwową, starą kulturę, wielkie inwestycje zagraniczne i wielkie ambicje. Chiny mają też kontrolę nad kursem wymiany swojej waluty, juanem (w Chnach zwanym renmibbi), którą przez całe dziesięciolecia na sztywno związały z amerykańskim dolarem, dopiero ostatnio pozwalając na kosmetyczne umocnienie tej waluty. Przy wzroście gospodarczym Chin, którego średnia roczna za ostatnie 35 lat przekracza 8% i przy powolnym wzroście gospodarczym USA, takie usztywnienie kursu wymiany waluty jest formą ostrego protekcjonizmu gospodarczego ze strony Chin. Chińskie produkty są dzięki chińskiej władzy politycznej znacznie tańsze, niż byłyby w warunkach wolnego rynku. Oczywiście, ta praktyka ma koszta: płace chińskich pracowników i ich poziom konsumpcji są zaniżane. Z drugiej strony, jednak, szybki rozwój kraju wynagradza te poświęcenia z nawiązką w latach następnych. Inne koszta są potencjalnie groźniejsze: polityka (niemal) sztywnego kursu waluty wymaga skupowania obcych walut i emisji własnej waluty. Właśnie tak się dzieje: chińskie rezerwy walutowe (głównie obligacje rządu Stanów Zjednoczonych) są równe około połowie chińskiego PKB i rosną w tempie 300 miliardów dolarów rocznie. Kredyt w Chinach jest bardzo tani, co może prowadzić do nadmuchiwania tam gigantycznych bąbli spekulacyjnych.

   Mamy zatem silną nierównowagę gospodarczą w Stanach Zjednoczonych, w Chinach i w wymianie między tymi gigantycznymi gospodarkami.

   Po tym, gdy gospodarka Stanów Zjednoczonych wpadła w kryzys po krachu na rynku nieruchomości w roku 2008, wydawało się, że jest szansa na powolne redukowanie napięć. Wraz ze spadkiem konsumpcji, deficyt Stanów Zjednoczonych w handlu z zagranicą zaczął spadać.  Chiny zgodziły się na delikatne umocnienie swojej waluty. Rok 2010 to rok, w którym elektrowstrząsy aplikowane przez polityków i centralne banki Zachodu, przyniosły pewne pozytywne efekty: lekkie ożywienie gospodarek Stanów Zjednoczonych i państw Unii Europejskiej. Jednocześnie z ożywieniem w Stanach Zjednoczonych, wróciły niestety problemy z handlem z Chinami: tempo zadłużania się Stanów Zjednoczonych w Chinach znów zaczęło szybko rosnąć. Kryzys 2008-2010 nie doprowadził do żadnych zmian strukturalnych, mechanizmy, które wywołały ten kryzys nadal działają.

   W tej sytuacji, elity polityczne i finansowe Zachodu usiłują sięgać po naciski polityczne wobec Chin i po zawoalowane groźby rozpoczęcia ostrej wojny walutowej. W zeszłym tygodniu, w czasie szczytu grupy G20 w Waszyngtonie, Chiny poddane były silnej presji, by zmodyfikować politykę kontrolowanego, niemal sztywnego kursu wymiany waluty. Myśle, że najważniejszą groźbą, którą mogą posłużyć się państwa i bankierzy Zachodu jest jeszcze bardziej intensywny dodruk własnych walut. Takie posunięcie spowodowałoby spadek siły nabywczej dolara i euro i w konsekwencji, spadek wartości chińskich rezerw walutowych, przy stawce finansowej wartości  połowy chińskiego PKB. Wywołało by to inflację cen dla tych walut i podrożyło ceny towarów z Chin lub zmusiło rząd Chin do zmniejszenia płac realnych dla chińskich pracowników. To dla Chin byłby bardzo niebezpieczny scenariusz, zwłaszcza, jeśli podejrzenia na temat wielkich, chińskich baniek spekulacyjnych sa słuszne.  Mówiąc krótko, chińska gospodarka mogłaby się załamać, a lud Chin mógłby zapragnąć rekompensat za dziesięciolecia potu, krwi i łez -  w naturze. Z drugiej strony, taki scenariusz nie jest też dobry dla Zachodu, głęboko uzależnionego gospodarczo od taniej chińskiej pracy i tanich chińskich dostaw, nie mówiąc już o potencjalnie strasznych konsekwencjach geopolitycznych: w skrajnym przypadku Chiny mogłyby się stać czymś podobnym do Korei Północnej, ale  w skali kilkadziesiąt razy większej.  Inne koszta polityki inflacyjnej dla Zachodu to erozja oszczędności i kapitału, rosnący dług publiczny, utrwalania się szkodliwych mechanizmów ekonomicznych, zły profil inwestycji.

   Chiny nie chcą uwolnić kursu swojej waluty. Obecnie przyjęte status quo działa świetnie, umożliwiając Chinom awans gospodarczy, cywilizacyjny i polityczny. Urealnienie kursu chińskiej waluty spowolniłoby znacząco tempo rozwoju Chin i obnażyłoby, z pewnością obecne, napięcia w chińskiej gospodarce i chińskim społeczeństwie. Skutki gwałtownych zmian kursu juana byłyby prawdopodobnie zbliżone do tych, które miałyby miejsce w przypadku wojny walutowej.  Tymczasem, nierównowaga nadal narasta.

   Są więc rozrzutne, zadłużone i zadłużające się na potęgę Stany Zjednoczone i są pracowite, zarządzane twardą ręką Chiny, które muszą kupować amerykański dług, by podtrzymać rozwój gospodarczy na miarę ich ambicji i potrzeb pokoju społecznego. Dwa potężne, ambitne państwa, wzajemnie od siebie uzależnione. To uzależnienie może  być toksyczne: bo im dłużej trwa, tym bardziej uzależnia i tym większe problemy generuje. Na razie trwa wojna nerwów i konkurencja walutowa. Jeśli ta konkurencja przerodzi się w wojnę walutową, to może dojść do niezwykle spektakularnego załamania światowego systemu finansowego, gospodarczego i politycznego - czegoś w rodzaju Wielkiej Depresji II. Miejmy nadzieję że wielka gra Chińczyków o pozycję Państwa Środka zakończy się pokojowo.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (29)

Inne tematy w dziale Gospodarka