37 obserwujących
286 notek
556k odsłon
  998   0

Inflacja - walczyć czy oswoić?

No nareszcie inflacja chciałoby się krzyknąć. Coś w tej klasycznej teorii ekonomii jednak działa. W ostatnim czasie banki centralne dodrukowały takie ilości pieniądza, że w myśl starych reguł inflacja musiała buchnąć z całą mocą. W ten sposób wszyscy zapłacimy za w miarę bezbolesne wydostanie się z covidowych czasów.  Miast masowych bankructw i zubożałego społeczeństwa będziemy mieli spadek wartości pieniądza. Nie pierwszy i nie ostatni. W ten, odłożony w czasie sposób, zapłacimy za lockdowny. Nie pracowaliśmy a kasa jakoś płynęła, a wiadomo, że "nie ma darmowych obiadków".

Jak więc widzicie jestem zadowolony, że to wszystko zadziałało. Wszystko powróciło w swoje dawne koryto. Jest z powrotem normalnie i przewidywalnie. Skoro jednak to takie proste i wydawać by się mogło oczywiste, to dlaczego żadna instytucja finansowa, żaden poważny bank nie uprzedzał przed nadchodzącą inflacja? Nikt na świecie nie brał tego na poważnie, przynajmniej w takiej skali. To jest dobre pytanie. Może przyzwyczailiśmy się wszyscy, że globalizacja zepsuła stary, dobry rynek, że na nim nic już nie działa? Nawet klasyczne teorie opisujące jego funkcjonowanie?

W Polsce postawa niezależnego banku centralnego (niezależnego także od strefy euro) wywołuje raczej niechętne komentarze wśród ekonomistów. Inna sprawa, że większość z nich jest też niechętna obecnej władzy, a NBP jest dla nich pisowski. Jak wiecie podnoszenie stóp procentowych to taki elementarny mechanizm w zbijaniu inflacji. Oporność naszego banku przed zdecydowanymi ruchami w tej kwestii jest przedmiotem zogniskowanej krytyki establishmentu. Przecież powszechnie wiadomo, że inflacja uderza przede wszystkim w najuboższe warstwy społeczeństwa, tak mówią, a poprawia kondycję budżetu państwa przez większe wpływy z podatków pośrednich. Tak to pisowski rząd robi sobie dobrze kosztem najuboższych. Czy rzeczywiście tak to działa?

Przeanalizujmy więc co się dzieje z chwilą podniesienia stóp procentowych. Jest to mechanizm kreacji "drogiego" pieniądza co osłabia w firmach chęć do inwestowania. Zmniejsza w nich chęć zatrudniania nowych pracowników co obniża presję na płace a potem zwiększa bezrobocie. Oczekiwanym rezultatem jest "schłodzenie " gospodarki, osłabienie popytu a co za tym idzie gaśnie możliwość podnoszenia cen na wyroby końcowe. Inflacja spada. 

Tylko między jednym a drugim czyli podwyżką stóp a spadkiem inflacji jest wiele miesięcy stagnacji wynagrodzeń i wzrostu bezrobocia. Czyli znowu za całą operację zapłacą najmniej zarabiający i najmniej wykwalifikowani w pierwszej kolejności przeznaczeni do zwolnienia.

Ponieważ czynniki powodujące inflację są w głównej mierze od nas niezależne (ropa, gaz) albo przez mechanizm cen światowych ta niezależność jest wysoka (węgiel, kukurydza, pszenica rzepak i inne oleiste itd.) to nasza walka z inflacją w ten tradycyjny sposób może nie przynieść spodziewanych efektów a co gorsza osłabić gospodarkę. Jeżeli obok - w strefie euro - nie będą mieli takich pomysłów jak my to wyjdziemy na tym jak "Zabłocki na mydle". Schłodzimy to co dobrze dziś funkcjonuje a osiągniemy to samo co oni bez hamowania gospodarki. Inflacja się skończy na świecie kiedy już zapłacimy za lockdowny i nieco otrzeźwiejemy z ekologicznych fanaberii.

Póki co nauczmy się z nią żyć. Rząd niech szykuje osłony dla najbardziej nią dotkniętych. My możemy się pomodlić o dar roztropności dla Bidena i jego ekipy, by zapalili z powrotem zielone światło dla gazu i ropy z łupków a także o dar roztropności dla brukselskich elit by w porę przyhamowali swoją walkę z emisjami CO2.




Lubię to! Skomentuj99 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka