​Przez wiele lat ulegaliśmy złudzeniu - "mówię, bom smutny i sam pełen winy" - że Izrael ma szlachetną twarz Szewacha Weissa. To kazało nam wierzyć, że wrogość Izraela, i - szerzej - międzynarodowej żydowskiej opinii wobec Polaków, to kwestia nieporozumień, zaszłości i fałszów, które narosły w czasach, gdy Polski jako niepodległego państwa nie było i nie mogła reagować na zniesławiającą ją sowiecką i niemiecką propagandę.

(O tym, jaką rolę grało kłamliwe oskarżanie Polski o szczególny antysemityzm w propagandzie Stalina i uzasadnieniu jałtańskiej zbrodni poczytać można choćby u Timothy’ego Snydera, mało nam przecież skądinąd życzliwego; o tym, że Stalin podchwycił tylko piłkę puszczoną w ruch dwie dekady wcześniej przez Wielką Brytanię, przekona Państwa na przykład książka o pierwszej zdradzie aliantów profesora Andrzeja Nowaka; a o tym, że to w Niemczech wymyślono określenie "polskie obozy" wie już chyba każde dziecko i nie trzeba w tym celu sięgać po zapomniany "Raport z Monachium" Brychta). Wydawało nam się, że przy dobrej woli obu stron można wszystko to odplątać, zapanować nad ekstremistami, pokazać prawdę jaką była, bez upiększeń, ale i bez oszczerstw, a że istnieje szereg politycznych interesów, łączących Polskę z Izraelem i wiele pól, gdzie oba te państwa mogą sobie pomagać - warto nad tym pracować.