Propozycja Donalda Tuska, by połowę list wyborczych PO otwierały kobiety, jest nie tylko słuszna, w kontekście wyrównania wyborczych szans mężczyzn i kobiet. Jest też politycznie opłacalna, o czym Tusk wie i co każe mu z determinacją walczyć o poparcie dla swej inicjatywy. Teraz musi tylko przekonać do pomysłu niechętnych, męskich posłów własnego ugrupowania. Tylko tyle i aż tyle.
Ponad 61% społeczeństwa popiera wprowadzenie parytetu, który pozwoli kobietom na aktywniejsze uczestnictwo w życiu politycznym. Chcielibyśmy, jako Polacy, wprowadzenia takich zmian, które ułatwią paniom trwałe wejście w politykę. Tak, aby stworzył się obyczaj.
Jednocześnie, przeciwnicy ustawowych nakazów słusznie wskazują, że nie da się manipulując prawem zmienić trwajych latami przyzwyczajeń. Propozycja Premiera to wyjście salomonowe, najlepsze z możliwych. Nie ustawowy nakaz, lecz standard narzucony przez szefa partii, mającego wszak decydujący wpływ na kształt list wyborczych, może skutecznie pomóc kobietom w zmianie trwającej od lat tendencji.
Podobnie rzecz się ma, gdy rozmawiać o obecności w polityce osób skazanych. Żaden ustawowy zakaz, stojący zresztą w opinii konstytucjonalistów w sprzeczności z ustawą zasadniczą, nie uzdrowi kondycji polskiego parlamentaryzmu. Zrobić to mogą prezesi partii, jeśli zrozumieją, że taka jest potrzeba i że tego się od nich oczekuje. I jeśli ich właśnie rozliczymy za to, czy się im uda czy nie.
Inna sprawa, że to, czego nie rozumieją polityczni koledzy Tuska, pełni obaw o rezultat uczciwej walki mężczyzn z kobietami, doskonale rozumie sam Premier. Pomysł na pewno spotka się z życzliwym przyjęciem wszystkich tych, którym większa obecność kobiet u władzy leży na sercu.
Już sama zapowiedź działania na rzecz tej sprawy przysporzy Platformie punktów sondażowych. Nie ma bowiem obecnie, nie licząc ruchów pozaparlamentarnych, żadnej prócz PO politycznej alternatywy - ani dla kobiet, które chciałyby by ktoś je godnie reprezentował u władzy, ani dla feministek, dla których walka o równość w każdym obszarze sfery publicznej jest celem nadrzędnym, ani po prostu dla tych, którzy uważają, że obecny stan jest nie do zaakceptowania.
Jedyna wątpliwość, jaka pozostaje, to czy aby na zapowiedziach się nie skończy. Premier, jako polityk z krwi i kości, nauczył się już przecież, że często sama zapowiedź działania wystarczy, aby rozentuzjazmowany tłum przyklasnął.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)