Aleksander.Twardowski Aleksander.Twardowski
196
BLOG

Wawelska krzywda Prezydenta

Aleksander.Twardowski Aleksander.Twardowski Polityka Obserwuj notkę 23

 

Ogłoszenie decyzji o pochowaniu Pary Prezydenckiej na Wawelu w praktyce zakończyło zapowiadający się na okropnie długi okres Narodowej Żałoby. Zapowiada się gorący koniec tygodnia – oto, w imieniu czterdziestomilionowego kraju, dwóch ludzi – brat Prezydenta i kościelny dostojnik, podejmuje decyzję skrajnie nieodpowiedzialną, a jednocześnie zgodną z typowym dla środowisk, jakie reprezentują, dążeniem do wynoszenia się ku zaszczytom wbrew faktycznym zasługom.

Okres Narodowej Żałoby nie może wyzuć ze zdrowego rozsądku. A zdrowy rozsądek podpowiada jasno – Prezydent nie zasłużył na to, by spocząć w miejscu, gdzie spoczywają najwięksi polscy królowie, wodzowie w rangach porównywalnie królom wysokich i narodowi wieszcze. Prezydent, co warto wyartykułować, nie zapisał się na kartach historii niczym szczególnym. Historia, niestety, oceni go słabo i głównie przez pryzmat tragedii, w jakiej uczestniczył. Nie jest to podszyta polityczną niechęcią negacja, lecz trzeźwa ocena niedokończonej prezydentury. Prezydentury, w trakcie której Lech Kaczyński zasłynął głównie niezasadnym uporem i eurosceptycyzmem, wbrew tendencjom, które zgodnie wykazywały wszystkie kraje tzw. „młodej Europy”.

Prezydentowi brat wyrządził krzywdę, nie po raz pierwszy zresztą. Najpierw, gdy uczynił go kandydatem PiS na Prezydenta, mimo znanej w środowisku niechęci Lecha Kaczyńskiego do większości obowiązków, które spoczywają na głowie państwa. Reprezentowanie kraju na międzynarodowych forach, angażowanie się w sprawy przyszłe i bieżące, zamiast poświęcać się ukochanej przez Lecha historii, zabieganie o poparcie w mediach i terenie – to wszystko uwierało Lecha Kaczyńskiego jak kamień w bucie. Ale Lech Kaczyński zagryzł zęby i by pomóc realizować polityczne plany brata „wykonał zadanie” i zamieszkał w pałacu prezydenckim.

Ogłaszając decyzję o pochówku na Wawelu, Jarosław Kaczyński skrzywdził Lecha po raz drugi - zgasił płomień życzliwego ciepła, które Polacy, nawet Ci, którzy na niego nie zagłosowali, rozpalili na wieść o śmierci głowy Państwa. Między innymi dzięki mediom, tuż po wypadku poznaliśmy obraz Prezydenta taki, jakiego dotąd nie znaliśmy – troskliwego męża, dowcipnego, wrażliwego urzędnika, który może i staromodny, ale dobroduszny i wrażliwy. Patrioty. Dziś, słysząc że pochowa się go tam, gdzie chować się nie powinno, przywołuje się w pamięci najgorsze przywary braci Kaczyńskich, które brat Jarosław przypomniał bez wahania i pewnie nieświadomie, na co Prezydent na pewno nie zasłużył. Wykraczające poza zdrowy rozsądek pragnienie by być widocznym zawsze i wszędzie, deprecjonowanie innych by podkreślić własną, nieprzeciętną wartość i wszechobecne przeświadczenie o własnej nieomylności, dające prawo podejmowania decyzji w imieniu wszystkich innych.

Jarosław Kaczyński, co jest chyba najmniej ważne w tej sytuacji, zniweczył też swoje ewentualne plany dotyczące startu w wyborach prezydenckich. Jeśli miał plan kandydować, mógł budować swoje szanse na haśle „kontynuacji dzieła brata”, wykorzystać współczucie i sympatię Polaków i powalczyć o niezły wynik, a może nawet drugą turę w wyborach. Przez to, a w zasadzie dzięki temu, że kolejny raz nie udało mu okiełznać swojej natury i nie przemyślał konsekwencji swych decyzji, Polacy przypomnieli sobie, że nadmierne zaufanie i sympatia wobec Jarosława Kaczyńskiego nie opłaca się na dłuższą metę. Szkoda, że odbyło się to kosztem reszty rodziny Prezydenta, która pomysł Jarosława, musiała, chcąc nie chcąc, bez szemrania zaakceptować.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (23)

Inne tematy w dziale Polityka