A może przez ten niespełna rok Kaczyński myślał, jak delikatnie przekazać publicznie, że to nie raport lecz stek bzdur? Przecież jakby na to nie patrzeć, Lech Kaczyński z bólem serca przyznał, że zarzuty stawiane Macierewiczowi i jego politycznym protektorom okazały się słuszne.
"Zbyt wiele jest tam [w aneksie] fragmentów, w których fakty zastapiono interpretacjami. Wnioski są wyciągane także tam, gdzie nie ma do tego wystarczających podstaw." To tylko fragment wypowiedzi Prezydenta na temat pracy Macierewicza. Mógł jeszcze napomnieć, że mylił się pokładając bezgraniczne zaufanie w Macierewiczu i że Ci, którzy zarzucali mu działanie niezgodne z prawem, których skutkiem będą wytaczane MON-owi procesy, mieli rację. Tylko że prezydent, do czego zdążył już przyzwyczaić, na samokrytykę nie zwykł sobie pozwalać. Stąd tylko zdawkowe "nie opublikuję" i kilka ogólników, które trzeba rozumieć dobitniej, niż to Prezydent wyartykułował.
Na pociągnięcie do odpowiedzialności Macierewicza nie ma co liczyć. Sądy w kilku przynajmniej sprawach orzekły, że nie sam Macierewicz, lecz MON jest odpowiedzialny za raport. Skutek tego jest kuriozalny - za oszczerstwa pisane Macierewiczową ręką przepraszać będą (niekiedy już przepraszają) , po prawomocnych wyrokach, późniejsi szefowie Ministerstwa Obrony Narodowej. Wiedział o tym zapewne Antoni Macierewicz, zanim zasiadł do pisania. Łatwo pisać mocne słowa, gdy się to robi posiadając gwarancję bezkarności. Dziw tylko, że Macierewicz, w czasach głębokiej komuny niepokorny i waleczny, w wolnej Polsce ewidentnie mniej odważny.
Co teraz z Macierewiczem? Pewnie dalej będzie pisał, tylko bardziej lekko strawnie. Może bajki, jak za najlepszych czasów Ludwik Dorn. "O śpiochu tłuściochu..."


Komentarze
Pokaż komentarze (1)