W tym czasie, urzędujący Prezydent będzie pewnie siedział przed telewizorem i z zazdrości zagryzał wargi. Jego przedstawiciel wysłany do Wałęsów dla świętego spokoju, uściśnie kilka dłoni, zje śledziową zakąskę i wróci zameldować Prezydentowi, że wcale nie było tak fajnie. Że tłok, zamieszanie komunikacyjne, bo każdy w innym języku. Że w zasadzie towarzystwo się wykruszało już po jedenastej, bo Baroso śpieszył się na samolot, Allbright nie piła w ogóle, a Kouchner miał nazajutrz spotkanie w MSZ.
Markotnego Prezydenta pocieszy, że jeśli tylko będzie miał życzenie, zorganizuje imprezę sporo lepszą, na której każdy będzie siedział do końca, nie tak jak w Gdańsku. A na parkiecie sami najlepsi kumple. Gosiewski, dusza towarzystwa. A że jak popije to bełkocze - kto nie bełkocze, Panie Prezydencie?
W końcu sali grupa klakierów z kancelarii, zawsze wierni. Obok nich Macierewicz i Zybertowicz, którzy na imprezach zwykle siedzą razem i zawsze z nimi pogadać można, bez strachu, że się w czymś z Prezydentem nie zgodzą. A pod sceną, gdzie przygrywa zespół, kilku młodych chłopaczków z terenu, co to mają głowy pełne pomysłów i gdy już mają w czubie, są najbardziej głośni i zabawni: - Donald! - Co?! - Sarajewo!
Prezydent wyłączy telewizor i pewnie przestanie mu być przykro. Każdy ma takich kumpli, na jakich zasługuje, a on woli swoich niż to szemrane towarzystwo u Wałęsów. Zresztą - uśmiechnie się z lekka - pod koniec kadencji obecnych władz IPN-u stanie się jasne, że ten Wałęsa to nie mąż stanu był, tylko jakieś... cholera wie co. Kto wtedy będzie chodził do niego na imprezy?


Komentarze
Pokaż komentarze (27)