Wystarczyło, że Premier ogólnikowo tylko wspomniał o możliwości refundowania zabiegów in vitro z budżetu, a już odezwał się zgodny chór Biskupów, w oczach których zapłodnienie inną niż Boska ręką jest występkiem, obok którego nie można przejść obojętnie. A już na pewno nie ma zgody na opłacanie takich praktyk z państwowej kasy.
Mniejsza o to, że na temat konstruowania budżetowych wydatków głos zabierają przedstawiciele instytucji, której, wydawałoby się, państwowa kasa powinna być zupełnie obojętna. Wszak mimo iż powinna, to faktycznie nie jest. Przykład Komisji Majątkowej, która wycenia przekazywane kościołowi grunty, świadczy dobitnie, że istnieje bliskie przywiązanie nie tylko do tego, co drzemie w naszych duszach, ale również tego, co nam dźwięczy w portfelu.
Gorzej, i tego nie sposób już zrozumieć, że krytykując fakt refundacji zabiegu in vitro, ale również moralny aspekt takiego radzenia sobie z bezpłodnością ("żeby dać przyjemność rodzicom i dać im dziecko, zabija się inne" - Abp. Józef Michalik), kościół wtargnął na obszar, o którym biskupi nie mają zielonego pojęcia. Miłości mężczyzny do kobiety, rodzenia i wychowywania dzieci, trudnej, pełnej poświęceń, ale i przyjemnej roli rodzica, który potrzebuje potomka nie dla własnego widzimisię, lecz by dać mu w życiu wszystko, co najlepsze.
Trudno się powstrzymać by nie być ironicznym i nie zastanawiać się, czy aby wiedza, jaką czerpią księża na temat seksualności i prokreacji, w obliczu nakazu celibatu, nie pochodzi z nagłaśnianych przez prasę homoseksualnych skandali i od molestujących kleryków dostojników, którzy dziś w kwestii in vitro milczą, bo nie mogą znaleźć czasu między jedną, a drugą wokandą.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)