Unia Europejska jako superpaństwo połączone wspólną flagą i walutą kończy się. Nie runie jednak z hukiem jakby tego chcieli niektórzy eurosceptyczni komentatorzy, ale umrze śmiercią naturalną z powodu zwyczajnej niewydolności organizmu. Gigantyczna nadwaga spowoduje zatrzymanie akcji serca niezdolnego już tłoczyć krwi do ważnych i mniej ważnych organów, które powoli zaczną wysiadać. Będą jakieś spektakularne próby reanimacji (właściwie to już są, jak choćby konsylium patologów w sprawie greckiej), jednak bez radykalnej kuracji odchudzającej nie zdadzą się na nic. Unia umrze a jej zwłoki użyźnią glebę, na której wyrośnie (być może) silny organizm przypominający dawne EWG.
Wspólny rynek, otwarte granice, współpraca krajów starej Europy wyrosłych na chrześcijańskim etosie to idea godna poparcia i najwyższego uznania. Niestety, jak wszystko co dobre szybko zostało ulepszone i (w myśl zasady, że lepsze jest wrogiem dobrego) spieprzone. Stworzono superpaństwo narzucające swoje normy wszystkim krajom członkowskim, które zręczniej byłoby nazwać prowincjami. Normy idiotyczne w większości przypadków, nakazujące stać kurze w klatce pazurami do przodu, uznające ślimaka za rybę (lądową, w rzeczy samej) czy regulujące stopień krzywizny banana. Na to wszystko idą gigantyczne pieniądze pochodzące z coraz bardziej drenowanych kieszeni europejskich podatników, którym przy okazji wmawia się, że żyją w super i hiper nowoczesnej Europie. Jeżeli ta nowoczesność ma polegać na sposobie ustawienia kurzych łap to ja życzę sobie powrotu do feudalnego średniowiecza – wtedy żaden władca, król, książę czy cesarz nie wymyślał głupot, bo zwyczajnie nie miał na nie czasu.
Lud w zamian za poparcie szczytnych idei dostaje granty w postaci państwowej opieki i rosnącego wciąż socjalu. Problem w tym, że państwowa kiesa nie wytrzymuje obciążeń i cały system zaczyna powoli trzeszczeć w szwach. Nadszedł czas cięcia kosztów i drastycznych oszczędności. Oburzony lud przyzwyczajony do darmowych luksusów wyszedł na ulice wyrazić swoje niezadowolenie. Na razie delikatnie, pogroził tylko palcem (te kilka spalonych samochodów, zdemolowanych sklepów czy obitych gąb policjantów to jeszcze nie tragedia), ale nie poprzestanie na tym. Zamieszki jakie przetoczyły się niedawno przez ulice europejskich miast będą się powtarzać a ich forma będzie się radykalizować. Władcom Europy pozostały dwa wyjścia: albo zostawić tonący statek i znaleźć przytulną szalupę, albo zrealizować scenariusz wykreowany przez Nancy Kress w trylogii „Hiszpańscy żebracy”: podzielić społeczeństwo na pracujące „woły” i żyjących na ich koszt „amatorów życia”, których jedynym obowiązkiem będzie oddanie głosu na odpowiedniego polityka w wyborach.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)