Wiem — ta teza może wydawać się karkołomna. Na Węgrzech przecież rządził Viktor Orbán, a wywodzący się z jego partii konkurent, który z niej odszedł i znał jej mechanizmy, odebrał mu władzę. Dziś PiS w Polsce nie rządzi, więc na pierwszy rzut oka analogia może wydawać się kulawa. Moim zdaniem jednak tak nie jest.
Po pierwsze, Mateusz Morawiecki — podobnie jak Péter Magyar — dobrze zna wewnętrzne mechanizmy swojej formacji. Wie, jak ją rozmontować.
Po drugie, po tygodniu publicznych wypowiedzi widać, że nowy premier Węgier, Péter Magyar, różni się od Orbána, ale nie aż tak bardzo. Można odnieść wrażenie, że chce on stworzyć lżejszą formę Fideszu — bez elementów, które były dla tej partii obciążeniem. Wygląda na to, że pomysł Mateusz Morawiecki na funkcjonowanie na prawicy jest podobny.
Po trzecie, sytuacja jest oczywiście inna niż na Węgrzech, gdzie realnie liczą się dwie partie. W Polsce jest ich więcej. Jeśli jednak popatrzymy na to, że obie Konfederacje dobrze wiedzą, iż Jarosław Kaczyński będzie z nimi rozmawiał tylko po to, żeby je wykończyć, a samo wystawienie Przemysław Czarnek jako kandydata na premiera jest już otwartą deklaracją wojny z potencjalnymi przyszłymi koalicjantami, to wcale nie jest oczywiste, że ci koalicjanci łatwiej dogadają się z Kaczyńskim niż z Morawieckim.
Oczywiście nie stanie się to w kampanii wyborczej, bo dla wielu wyborców prawicy — jak słusznie stwierdził Kaczyński — Morawiecki jest obciążeniem. Jeśli jednak stworzyłby własny klub, to — moim zdaniem — szybciej porozumiałby się z Konfederacją niż Kaczyński.
Jest oczywiście jedno obciążenie: RARS i wszystkie podobne incydenty. Nie wykluczałbym jednak, że Morawiecki zrobi Kaczyńskiemu to samo, co Péter Magyar zrobił Orbánowi.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)