Unia pada. Już padła właściwie, tylko jeszcze o tym nie wie. Wielki projekt zwany Unią Europejską wydaje ostatnie tchnienie przy aplauzie tysięcy oburzonych, którzy czekają tylko na okazję by go dobić w humanitarnym akcie eutanazji. Tymczasem unijni przywódcy krzyczą o potrzebie silniejszej integracji, ściślejszej współpracy, większego zjednoczenia. Jose Manuel Barroso postuluje nawet stworzenie superpaństwa, które miałoby wchłonąć dotychczas niepodległe (częściowo przynajmniej) kraje starej Europy. Co miałoby się z nimi stać? Cóż, zapewne zostaną zredukowane do roli prowincji. Przyszła Unia ma być nowym Rzymem, pierwszym w historii świata imperium, które zostało stworzone bez użycia siły militarnej. Przewodniczący Komisji Europejskiej zapewne już widzi się w roli Imperatora, mnie zaś uparcie powraca przed oczy obraz senatora Palpatina...
Zostawmy jednak dywagacje natury filmowo – literackiej i zastanówmy się, czy takiej Unii chcemy? Czy Polska, kraj od tysiąca z górą lat walczący z wrogami by zachować niepodległość miałaby teraz dobrowolnie się jej zrzec? Tej niepodległości, którą wywalczyliśmy sobie dopiero przed dwudziestu laty opłacając to daniną krwi? Ludzie, którzy wtedy walczyli, którzy cierpieli prześladowania, których koledzy i przyjaciele często płacili najwyższą cenę za umiłowanie kraju mają teraz patrzeć jak młode pokolenie samo zaprasza na polską ziemię okupantów? Nie wiem, jakimi ideałami kieruje się pan Barroso, ale są one całkowicie odmienne od tych, które królują w sercach i umysłach moich rodaków. A przynajmniej w sercach i umysłach zdecydowanej większości z nich.
I nie łudźmy się, ściślejsza integracja ani nawet zamiana Unii Europejskiej w jednolite superpaństwo nie uratuje jej przed kryzysem. Przeciwnie, ujednolicenie prawa na terenie całego obszaru Unii kryzys tylko pogłębi. Jako przykład chętnie podałbym nieświętej pamięci Związek Sowiecki, ale zaraz zostanie mi zarzucone, że porównanie jest niestosowne, nieadekwatne i co najmniej głupie. Powiem zatem, że inaczej na kryzys musi reagować rząd grecki, inaczej szwedzki, a jeszcze inaczej polski. Dziś każdy z tych krajów ma możliwość reagować zmianą przepisów. Kiedy państwa narodowe, nazywane już dziś przez niektórych postępowców tworami anachronicznymi, znikną – zniknie wraz z nimi możliwość szybkiej reakcji. Rządy prowincji pozbawione większości kompetencji staną się bezsilne wobec problemów, jakie niesie gospodarcza recesja.
A Polska? Cóż, Polska w tym molochu będzie tylko wschodnią prowincją bez większego znaczenia gospodarczego. Strategicznego też. Do kraju nad Wisłą wkroczą unijni komisarze ze swoimi normami i ogórki, Drodzy Państwo, będziemy kisić tak jak dziś się pędzi bimber – w piwnicy, w wielkiej tajemnicy by nie podkablował nas żaden „życzliwy”. A polskojęzyczny (oby!) gubernator krainy między Odrą a Bugiem będzie mógł najwyżej zarządzić wielkie sprzątanie po ogólnym krachu i zakrzyknąć na modłę słynnego (nomen – omen) Greka: „Jaka piękna katastrofa!”



Komentarze
Pokaż komentarze (7)