Gdzie się nie spojrzy tam kryzys. Gazeta, radio, telewizor, internet – wszędzie jeden temat. Człowiek lodówkę boi się otworzyć, o konserwie nie wspominając. A przy tym, oczywista oczywistość, rady ekspertów – w większości od siedmiu boleści – co też mamy zrobić, żeby go przetrwać przy jak najmniejszych kosztach własnych. Coraz też częściej słychać tu i ówdzie głosy brukselskich urzędników nawołujące do jeszcze większej integracji i ujednolicenia Unii Europejskiej. Ponoć to jedyne lekarstwo na ten kryzys, który panoszy się nie bacząc na groźne miny towarzyszy z Rady Komisarzy Ludowych. To znaczy Europejskich, choć to na jedno wychodzi. Rada wymyśliła przeto, że Unia musi się unifikować i ujednolicać. A kryzys zwalczyć za pomocą podnoszenia podatków, co w wolnym tłumaczeniu oznacza leczenie kataru cyjankiem. Nasz rodzimy rząd wiernie i lojalnie wykonuje jej polecenia i nie ma się czemu dziwić. Taka tradycja, że zdrajcy i sprzedawczyki zawsze u nas na wysokich stołkach zasiadały. Podatki w górę, ceny w górę, wiek emerytalny w górę, bezrobocie w górę, bieda w górę...
A ja to, Drodzy Państwo, czniam. Mam w nosie. Siądę sobie na ganku ze szklaneczką księżycówki, zakąszę ogórkiem kiszonym i będę patrzył jak młodzi, wykształceni z większych ośrodków miejskich szarpią się by pospłacać wszystkie te kredyty, których nabrali w dobie prosperity i bajań o zielonej wyspie. Nie wypada wprawdzie śmiać się z cudzego nieszczęścia, jednak trudno mi się powstrzymać na myśl o eurooszołomach w markowych garniturkach stojących w kolejkach do MOPS-ów. Jeszcze nie tak dawno skóra, komóra i fura w kredycie a teraz tramwaj. Na gapę, bo na bilet to stać będzie jedynie emerytów. O ile, oczywiście, ZUS się nie zawali...
A'propos ogórków. Optymistycznie o nich wspomniałem, zbyt optymistycznie. Unijne normy zakładają, że to co kiszone to zepsute. Nie będzie ogórków. Nie będzie kapusty, żuru i innych zgniłych potraw. Będą faszerowane hormonami i chemią szyneczki z Tesco, genetycznie przerobione sałaty, świecące kalafiory, piwo bez chmielu, chleb bez zakwasu. Ponoć tradycyjne pieczywo na zakwasie zawiera w sobie ilość bakterii znacznie przekraczającą wymienione wyżej normy. Będą więc bułeczki z gipsu. Będziemy skazani na sztuczne żarcie, od którego powyrastają nam łuski tudzież chitynowe pancerzyki. Wesele w Atomicach Mrożka ziści się prędzej czy później, w większej skali choć nie tak spektakularnie jak w oryginale. Chyba, że uda nam się zejść do spożywczego podziemia. Ogóreczki kiszone na nielegalu zyskają dodatkowy posmak ryzyka i goryczkę adrenaliny a piwnice zapełnią się beczkami stojącymi obok aparatury do mierzenia ilości cukru w cukrze.
Nie ma jednak tego złego co na dobre by nie wyszło. Społeczeństwo znowu się zintegruje, jak zawsze w chwilach dziejowych zawieruch i niedoli. Z ogórkiem w klapie zastępującym opornik, szklanicą bimbru i solidną pałą wyjdzie na ulice by przedstawić listę postulatów. A wtedy specjaliści od kryzysu, ekonomii i integracji nie zdążą się ewakuować na z góry ustalone, brukselskie stanowiska. Ku uciesze pogrzebowych przedsiębiorców i grabarzy, na których usługi koniunktura gwałtownie wzrośnie pozytywnie wpływając na przyrost PKB i zażegnanie kryzysu...



Komentarze
Pokaż komentarze (4)