Wróble na dachach ćwierkają, że po nowym roku za zachodnią granicą na powrót dojczmarkami płacić się będzie. Może ptaszki to małe, w prawidłach ekonomii politycznej nie obznajomione, ale rozum swój posiadają. A co za tym idzie rację, niestety (albo i na szczęście) mieć mogą. Strefa euro się sypie, wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że uratować może ją tylko cud boski. Ewentualnie jakieś genialne posunięcie Europejskiego Banku Centralnego (EBC), co jest o wiele mniej prawdopodobne. Krach ten można było przewidzieć już w chwili wprowadzenia wspólnej waluty, jednakowoż entuzjazm przesłonił zdrowy rozsądek i mamy co mamy. Dopóki trwał okres prosperity nic się nie działo, wystarczył jednak drobny kryzys i szlag trafił piękny pomysł międzynarodówki finansowej. Inaczej zresztą być nie mogło.
Wprowadzenie Euro (a wcześniej, dinozaury zapewne jeszcze pamiętają, ECU) było pomysłem o tyleż poronionym co genialnym. Likwidacja walut narodowych, a co za tym idzie pozbawienie części państw Eurolandu własnej polityki pieniężnej uzależniło je od wielkich rozgrywających, czyli Niemiec i Francji. To w ich rękach są główne instrumenty polityki pieniężnej, którymi grają dla własnego głównie interesu. Dziwić się temu nie należy, hegemonię zdobywa się przecież po to, by z niej korzystać. A pozostałe kraje, zachłyśnięte wizją silnej i stabilnej waluty, dały się wciągnąć w pułapkę uzależnienia i straciły jeden z podstawowych środków wpływu na własną gospodarkę. To Bruksela (a właściwie Frankfurt nad Menem, bo tam jest siedziba EBC) ustala stopy procentowe, wielkość rezerwy obowiązkowej czy stopę kredytu rewindykacyjnego stymulując bądź hamując emisję pieniądza, a co za tym idzie całą gospodarkę strefy Euro. Słabsze kraje, jak Grecja, Portugalia czy nasz południowy sąsiad – Słowacja, mogą tylko bezradnie patrzeć i słać postulaty, co ma tyle sensu co wołanie na puszczy. Ich rozpatrzenie będzie zależne od bieżących interesów Berlina i Paryża, a te przecież nie będą działać przeciwko sobie. Kiedy dołożymy do tego socjalistyczne, rozdawnicze rządy w większości krajów Unii mamy kryzys rozpędzający się jak śnieżna kula puszczona ze stoku Kasprowego.
Unia Europejska to nie USA, gdzie rząd centralny działa w interesie wszystkich stanów. Tutaj, mimo wielkich słów o integracji, zjednoczeniu i wspólnocie zawsze interesy poszczególnych narodów będą grały rolę pierwszoplanową i żaden finansista nic na to nie poradzi. Stany Zjednoczone były krajem budowanym od podstaw w oparciu o dolara, który jest naturalną walutą Teksańczyków, Nowojorczyków, mieszkańców Florydy czy Alaski, którzy mimo różnic czują się przede wszystkim Amerykanami. Euro to sztuczny twór, a Europa nigdy nie będzie jednym państwem. Tutaj ludzie czują się przede wszystkim Niemcami, Francuzami, Włochami, Grekami czy Hiszpanami, a dopiero potem Europejczykami i przedkładają nad interes Unii własne interesy narodowe. Zjednoczona w jedno państwo z jedną walutą Europa to mit, który może przez jakiś czas trwać i działać, ale w końcu musi się rozpaść. Chyba, że uda się zlikwidować podziały i stworzyć nowy rodzaj człowieka – Homo Europeicus, który będzie tworem równie absurdalnym jak Homo Sovieticus z wypranym mózgiem i zaszczepioną miłością do pierwszego sekretarza.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)