AlexanderDegrejt AlexanderDegrejt
181
BLOG

Wstęp do historii

AlexanderDegrejt AlexanderDegrejt Polityka Obserwuj notkę 0

Każdy autor zanim zacznie pisać dzieło swego życia wyobraża sobie różne scenariusze, z których wybiera najlepszy. Dopiero na tym rusztowaniu układa bohaterów, buduje akcję i tworzy świat, który zrodził się w jego głowie. Pisze też (czasem) wstęp wyjaśniający powody, dla których w ten a nie inny sposób splótł ścieżki przypadków. Proces ten niejednokrotnie trwa dłużej niż przelewanie na papier myśli, niż samo dzieło stwarzania. Zapomniał o tym Francis Fukuyama pisząc swój „Koniec historii” i potraktował przygotowania do wznoszenia budowli jako zamknięty w ściśle określonych ramach proces budowania. W rezultacie mamy projekt, plac i zwiezione materiały, nad którymi siedzą robotnicy popijający piwko w przeświadczeniu dobrze wykonanej roboty. Tymczasem nikomu nie przyszło do głowy, że budynek zaczyna się od wykopania fundamentów...

 

Fukuyama wychwala liberalną demokrację jako kwintesencję, wręcz ukoronowanie, ewolucji systemów społecznych. Twierdzi, że jest to najdoskonalsza forma współistnienia jednostek ludzkich i nic lepszego już się nie ma prawa zdarzyć. Koniec historii rozumie jako koniec zmian, wszystko co nastąpi będzie tylko mieszaniem w kotle pełnym już ustabilizowanej substancji. Teza to dość odważna, ryzykowna i... nieprawdziwa. Wolność jednostki osiągnięta w ustroju liberalnym nie jest ostatecznym końcem, jest jedynie próbą osiągnięcia ideału. Liberalna demokracja, wedle Fukuyamy kwintesencja dążeń ludzkości, nie zaspokaja bowiem najbardziej podstawowej potrzeby rodzaju człowieczego – potrzeby bezpieczeństwa. W sytuacji kiedy każdy sobie jest panem rolnik musi być jednocześnie rycerzem z mieczem w dłoni broniącym kilkuhektarowego latyfundium, nie mającym w dodatku do dyspozycji zaciężnej armii przybocznej. Fukuyama nie bierze pod uwagę rozmaitości talentów danych nam (ludziom) przez Boga, a co za tym idzie nie potrafi oddzielić od siebie władcy i poddanego – oni zawsze będą stanowić nierozerwalny duet i nic, żadna ideologia, żaden prąd filozoficzny nie będą w stanie tego zmienić. Liberalna demokracja traktuje nas jak świnie w chlewie – wszystkie równe, wszystkie szczęśliwe, każda ma własny kawałek koryta i każda, w ostatecznym rozrachunku, spotka się z rzeźniczym nożem.

 

Gdyby przyjąć heglowską wizję liberalnej demokracji, z której czerpie Fukuyama, jako doskonałego efektu ustrojowej ewolucji trzeba by uznać, że ludzkość to jeden organizm, którego wszystkie komórki współdziałają by osiągnąć wspólny cel. Niestety tak nie jest. Przypominamy raczej kolonię pierwotniaków żyjącą w chwilowej symbiozie dopóty, dopóki jest to dla wszystkich opłacalne. Kiedy interesy zaczynają być sprzeczne rozstajemy się bez żalu zaczynając, niejednokrotnie, ze sobą walczyć. Jeżeli by uznać, że ewolucja taka miała miejsce to jej tworem jest przedziwny organizm, którego ręka działa przeciwko nodze zupełnie ignorując polecenia głowy – jest wszak całkowicie wolna i niezależna, ma prawo do samorealizacji a jej potrzeby mają pierwszeństwo przed innymi i, jako takie, mają prawo do uprzywilejowania.

 

Ewolucja ustrojowa trwała, tutaj całkowicie zgadzam się z Fukuyamą, od zarania dziejów człowieka. Jednak to nie liberalna demokracja jest jej ostatecznym osiągnięciem. Ustrój, który mamy szczęście obserwować na własnej skórze powstał nie jako twór wspomnianej już kilkukrotnie ewolucji, ale raczej jako jej zaprzeczenie, poprzez odrzucenie wypracowanych przez tysiące lat doświadczeń mechanizmów regulujących społeczne współżycie. Przede wszystkim jako niesprawiedliwa zlikwidowana został społeczna drabina, która regulowała nie tyle zasady współżycia, co ustalała hierarchię i stawiała każdego członka społeczeństwa na właściwym mu miejscu. To właśnie ten system sprawiał, że człowiek w sposób najdoskonalszy pomnażał otrzymane od Stwórcy talenty. Rolnik był doskonałym rolnikiem, wojownik znał się na swoim fachu jak nikt inny a władca potrafił ogarnąć całość i doprowadzić powierzony mu kraj do rozkwitu nie dlatego, że taki miał kaprys i wygrał wybory obiecując gruszki na wierzbie, ale przez to, że w jego ręku skupiło się doświadczenie wielu pokoleń antenatów. Dziś, kiedy każdy ma te same prawa i wszyscy są równi, władzę nad nami sprawują przypadkowi ludzie, których pchnęła do tego zadania ambicja a nie wiedza i doświadczenie. Sama zaś piramida zależności nie przestała istnieć, ona się tylko przeformowała. Dziś miejsce na tej drabinie nie jest zależne od wiedzy czy doświadczenia, ale od umiejętności rozpychania się łokciami. Człowiek zaczął kierować się własnym kaprysem i prze do przodu nie licząc się z konsekwencjami. Wracając do przykładu z budynkiem sytuacja przypomina tę, w której pijani robotnicy montują dachowe legary w miejsce okien a drzwi wstawiają w sufit uznając, że tak będzie najlepiej. Pomieszanie ról i funkcji zamieniły wykwintny obiad w pomyje serwowane tucznikom.

 

Hierarchia nadal istnieje, zależności nie zniknęły, zmieniły się tylko priorytety. W momencie, kiedy funkcja pełniona w strukturze społecznej zależy od widzimisię wyborców najważniejszym jest zaspokoić ich wymagania, chociażby były one najbardziej absurdalne. Działanie dla dobra wspólnego odchodzi na plan dalszy, a władca – jakkolwiek nazywany – jest jedynie przedstawicielem grupy, która posadziła go na stołku. System ten, w moim odczuciu, musi prędzej czy później upaść z powodu braku fundamentów, na których mógłby się oprzeć. Te fundamenty, opoka, zostały odrzucone, uznane za niepotrzebne i niesprawiedliwe. Upadek możemy obserwować już dzisiaj, na naszym rodzimym podwórku. Demokracja powoli, acz nieubłaganie, zamienia się w oligarchię, rządy korporacji, gdzie na powrót następuje dziedziczenie funkcji i stanowisk. Czy z tego wyłoni się nowy system społeczny, na wzór opisanego przez Nancy Kress w trylogii „Hiszpańscy żebracy”, Harrego Hariisona w cyklu „Ku gwiazdom” albo może coś zupełnie innego? Cóż – pożyjemy, zobaczymy. Jedno jest pewne, końca historii na razie nie widać, udało nam się jedynie napisać do niej wstęp i to wcale nie doskonały. Kropkę postawi niespodziewanie sam Chrystus, który przyjdzie powtórnie ocenić dzieło i jego autorów. A my możemy co najwyżej starać się, by dzieło stworzone na powierzonym papierze w jak największej części przypominało to, czego życzył sobie wydawca...

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka