Współczesny świat oszalał na punkcie demokracji do tego stopnia, że nazwanie kogoś „antydemokratą” jest odbierane jak obelga na miarę „kontrrewolucjonisty”, „zaplutego karła reakcji”, czy wręcz „zdrajcy narodu”. Demokracja stała się bożkiem, nową religią, na którą fanatyczni kapłani usiłują wszelkimi dostępnymi sposobami nawrócić rzesze niewiernych. Przykład mieliśmy całkiem niedawno z tzw. „Arabską Wiosną”: w Egipcie, Libii, Tunezji – wszędzie wykorzystano bunt przeciwko satrapom do podstępnego wprowadzenia ustroju, z którym męczą się „cywilizowane” społeczeństwa. Nie, to nie pomyłka. Męczą się, przeciętny obywatel kraju dotkniętego demokratycznym szaleństwem nie odnosi z tego tytułu żadnych korzyści, wręcz przeciwnie – na jego barki zrzucana jest odpowiedzialność, którą przedtem ponosili faktyczni władcy. Dziś ta odpowiedzialność się rozmywa, a jedyną konsekwencją błędnych decyzji jest wyborcza przegrana.
Ten pęd do „demokratyzowania” społeczeństw ma jednak podłoże całkiem inne niż chęć zaprowadzenia „społecznej sprawiedliwości”, w którą nie wierzą nawet sami zajadli obrońcy demokratycznych swobód. Chodzi, mianowicie, o manipulację. Dając ludziom pozór władzy i poczucie, że są na swoim terenie gospodarzami można wymóc na nich decyzje leżące w naszym, a nie ich, interesie. Wystarczy doprowadzić do zwycięstwa w „wolnych” wyborach naszego kandydata i już, kładziemy łapę na (na przykład) libijskiej ropie. I wcale nie trzeba posuwać się do tak nieeleganckich metod jak fałszowanie wyników, to przecież nieetyczne i takie prymitywne... Co innego sfinansowanie kampanii, podesłanie specjalistów od PR, drobna pomoc humanitarna „wyproszona” przez popieranego kandydata... I już, wystarczy. Ropa nasza.
Władza społeczeństw w demokracji jest pozorna, ograniczająca się jedynie do postawienia raz na jakiś czas krzyżyka przy nazwisku mniej lub bardziej przypadkowego kandydata. O świadomej decyzji mowy być nie może, bo nikt – poza, być może, rodziną i najbliższymi współpracownikami – owego kandydata nie zna. Wyborcy znają jedynie jego medialny obraz, który z prawdą ma bardzo niewiele wspólnego. I nic dziwnego, bo przecież kampania wyborcza to nie spowiedź, podczas której kandydat wyznaje swoje wszystkie przewiny, ale marketingowa zagrywka mająca na celu stworzenie niemalże anielskiego ideału. Wygrywa ten, który bardziej się do niego zbliży, więcej naobiecuje i, nie czarujmy się, bardziej ogłupi swoich przyszłych poddanych. Grand Prix festiwalu kłamstwa jakim są wybory i poprzedzająca je kampania zdobywa nie ten kandydat, który się do rządzenia najbardziej nadaje, ale największy oszust. Najuczciwsi (albo najmniej zakłamani, jak kto woli) zostają na szarym końcu. Demokracja ma sens jedynie w małych społecznościach lokalnych, tam gdzie wszyscy się znają i bardzo trudno coś ukryć. Tam można mieć nadzieję (ale tylko nadzieję), że zwycięży najlepszy.
Na tytułowe pytanie nie odpowiem, bo odpowiedzi nie znam. Każda forma rządów miała swoje wady i zalety, może należałoby stworzyć coś nowego, wyciągnąć dobre strony istniejących systemów władzy i stworzyć swoisty kolaż? Obawiam się jednak, że istota tak niedoskonała jaką jest człowiek zawsze będzie dążyć do własnych korzyści i każda, nawet najlepsza najlepsza forma rządów przez niego stworzona ulegnie prędzej czy później degradacji. Może więc zamiast szukać systemu doskonałego samemu się doskonalić? Wtedy nawet najgorszy z ustrojów może być znośny i możliwy do zaakceptowania. Bo to nie system (którykolwiek) jest zły, tylko człowiek wykorzystuje jego złe cechy do zaspokojenia własnych żądz i pragnień.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)