Bronisław Komorowski wojażuje po Państwie Środka, zwiedza, ogląda, spotyka się, pozuje a czasem nawet coś powie. I tu jest właśnie pies pogrzebany, bo na prezydenta patrzeć się da, ale słuchać go to wysiłek przekraczający możliwości średnio inteligentnego człowieka. Tym razem ktoś, zapewne jeszcze w kraju, musiał go poinstruować by trzymał gębę na kłódkę, bo odzywał się niewiele i jakoś ta wizyta by przeleciała bezboleśnie gdyby nie to, że nasz ulubiony gajowy nie wytrzymał. Poproszony o komentarz w sprawie aresztowania znanego chińskiego dysydenta, odniósł się do znaczenia praw człowieka w Chinach wygłaszając zdanie godne ateńskiego filozofa, który też zwykle jako jedyny wiedział, co ma na myśli:"Bardzo ważne, bardzo ważne, bardzo ważne, bardzo ważne".
Po człowieku, który jeszcze dwadzieścia z hakiem lat temu był opozycjonistą i we własnym kraju o prawa człowieka walczył, spodziewałem się nieco mniej lakonicznej wypowiedzi i bardziej zdecydowanego stanowiska. Ja wiem, że Chiny mają potężną armię a zastęp wkurzonych chińskich harcerzy zajmuje powierzchnię kilku hektarów, jednak po pierwsze są daleko, przez Rosję się tak szybko nie przebiją, a po drugie mało który z nich rozumie po polsku. Chyba, że przyjmiemy optymistyczną wersję wydarzeń, w myśl której nasz prezydent zna język Państwa Środka a wygłoszone przez niego ze swadą zdanie jest chińską wersją tradycyjnego pozdrowienia:„spieprzaj dziadu”...



Komentarze
Pokaż komentarze (6)