No i po sprawie. Szacowne gremium, jakim bez wątpienia jest Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, nie przyznało Telewizji Trwam koncesji na cyfrowe nadawanie naziemne. Oznacza to, że po 1 sierpnia przyszłego roku, kiedy to cyfrowa telewizja całkowicie zastąpi analogową, program stacji ojca Rydzyka będzie dostępny tylko dla posiadaczy satelitarnych dekoderów.
Nie wiem jakimi kryteriami kierowała się Rada, ale na pewno nie uczciwością. Nie chcę rzucać oskarżeń o stronniczość czy niszczenie wolności mediów, ale jak inaczej nazwać „wykoszenie” jedynej telewizji spoza mainstreamu, głoszącej chrześcijańskie wartości pośród zalewu popkulturowej papki rozmiękczającej mózgi? Sytuacja przypomina tę z klasycznego już dowcipu, kiedy to Wania po dwóch tygodniach podróży saniami przez syberyjską Tajgę przywozi wreszcie do chałupy pierwszy telewizor. Stawia go na honorowym miejscu pomiędzy ikoną ze św. Józefem a portretem Lenina, włącza go... Na pierwszym programie Breżniew... Na drugim kanale Breżniew... Na trzecim kanale Breżniew... Kręci gałką dalej, aż na czwartym kanale facet w mundurze KGB wygraża pięścią: Job twoja mać! Ja ci poprzełączam!
Swoją drogą zawsze mnie nurtowało proste pytanie: po co w wolnym (teoretycznie) kraju koncesje na nadawanie? Przecież można było po prostu sprzedać dostępne częstotliwości i miejsca na multipleksach i zostawić wszystko swojemu losowi czyli wolnemu rynkowi. Jeden kupi i będzie nadawał, drugi sprzeda z zyskiem trzeciemu, który będzie chciał nadawać i spokój. Problem w tym, że przy takiej organizacji rynku mediów politycy nie mieliby bata na nadawców a ci ostatni powodu, by włazić im bez wazeliny – zbyt wiele prawdy mogłoby ujrzeć światło dzienne co niezbyt korzystnie odbiłoby się na samopoczuciu obywateli. Zaiste godna podziwu jest troska naszych włodarzy o stan psychiczny poddanych...



Komentarze
Pokaż komentarze (1)