Kiedy 4 czerwca 89 roku Joanna Szczepkowska ogłosiła przed kamerami oficjalny koniec komunizmu rozpoczęły się nasze problemy ze służbą zdrowia. Każdy kolejny rząd próbował coś z tym fantem zrobić, zreformować, naprawić czy chociażby bardziej nie zepsuć ale próby, jak to próby, zakładały możliwość porażki. I porażka – wierna prawu Murphy'ego – następowała. W efekcie system jaki mamy obecnie przypomina ubranie kloszarda: łata na łacie przytrzymywana kolejną łatą przyszytą kawałkiem znalezionego drutu - wszystko to trzeszczące i w każdej chwili grożące katastrofą.
A można było temu zapobiec. Wystarczyło na samym początku uwolnić system ubezpieczeń zdrowotnych. Nie budować niewydolnego, państwowego molocha tylko dopuścić do rynku firmy mające doświadczenie w tym sektorze i zamiast idiotycznych, ustalanych z góry kontraktów puścić pieniądz tropem pacjenta. Dziś mamy sytuację, w której lekarz musi przewidywać ilu ludzi zachoruje w kolejnym roku, co powinno raczej należeć do zadań wróżki a nie medyka. Skutkiem, w pewnym sensie ubocznym, takiego rozwiązania byłoby wyeliminowanie z rynku usług medycznych nieefektywnych szpitali, przychodni, gabinetów. Pacjentom – a to o nich podobno chodzi – wyszłoby to jedynie na dobre. Lekarzom, pielęgniarkom i personelowi medycznemu też.
Tymczasem mamy to, co mamy: dychawiczny system, który lada chwila się załamie. Protesty lekarzy, strajki pielęgniarek i pacjent będący przedmiotem zamiast podmiotem. Ciągle jeszcze jednak można to zmienić, potrzebna do tego jest jedynie polityczna chęć i... odwaga. System uwolnić można w każdej chwili i wcale nie trzeba do tego likwidować NFZ-tu. Musiałby on jednak stać się równoprawnym partnerem w rynkowej grze. Ubezpieczenie zdrowotne mogłoby nawet pozostać obowiązkowe (w minimalnej kwocie ustalonej przez odpowiednią ustawę) jednak to pacjenci wybieraliby do kogo trafiłyby ich pieniądze. I w każdej chwili mogliby decyzję zmienić. Wymusiłoby to na ubezpieczycielach uczciwość i rzetelność, którymi Fundusz mając pozycję monopolisty przejmować się nie musi. I, czego dowodzi codzienna praktyka, nie przejmuje się...
Oczywiście proponowane przeze mnie rozwiązanie wymagałoby pewnych zabezpieczeń, chociażby na wypadek upadłości ubezpieczyciela. Można by to załatwić bardzo prosto i bez zbędnych komplikacji: wystarczyłoby rozszerzyć zakres działalności Bankowy Fundusz Gwarancyjny, Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny czy choćby nawet Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych (jako, że ubezpieczenia zdrowotne do takich świadczeń się zaliczają). Obawiam się jednak, że u naszych polityków nie znajdzie się ani odrobina woli by wprowadzić ten (lub podobny) pomysł w życie. NFZ działający w realiach wolnego rynku przestałby przecież być idealną przystanią dla różnej maści nieudaczników niezdolnych do produktywnego działania. Na przykład byłych posłów czy członków ministerialnych rodzin...
P.S.: Z całej operacji byłby jeszcze jeden, niebagatelny zysk – radykalnie zmniejszyłaby się liczba urzędników prowadzących próżniacze życie na nasz koszt.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)