W zachodnim systemie prawnym istnieje coś takiego jak domniemanie niewinności. Oznacza to ni mniej ni więcej tylko tyle, że to na oskarżycielu spoczywa obowiązek udowodnienia winy oskarżonemu. Wie o tym każdy student pierwszego roku prawa, ba! nawet średnio rozgarnięty licealista nie ma co do tego wątpliwości! Trudno mi zatem zrozumieć dlaczego ta zasada nie ma zastosowania w przypadku śledztwa w sprawie katastrofy prezydenckiego samolotu. Z góry ustalona teza o winie wywierającego presję (w dodatku pijanego!) generała Błasika jest traktowana jak najświętsza prawda wiary a wszyscy, którzy ośmielają się ją podważyć jawią się jako niebezpieczni heretycy...
Wyznawcą tej prawdy (niemalże) objawionej jest także pułkownik Edmund Klich. Powiedział on po konferencji krakowskich śledczych, że brak głosu dowódcy sił powietrznych na taśmie rejestratora niczego nie dowodzi i nie zmienia. To prawda, nie dowodzi – zwłaszcza tego, że generał był w kokpicie i zmuszał pilotów do działania wbrew ich woli. Zmienia jednak bardzo wiele, obala mianowicie wyniki rosyjskiego śledztwa, w którym pan pułkownik brał udział jako polski akredytowany. Trudno się zatem dziwić, że nie przyjmuje do wiadomości żadnych ustaleń, które dowodzą iż zostało ono sfuszerowane. Co prawda normalny człowiek zwyczajnie przyznałby się do błędu i zrobił wszystko by go naprawić, nie wymagajmy jednak aż takiego poświęcenia od urzędnika. Zwłaszcza takiego, który za spartolone dochodzenie dostał awans i został szefem Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych...
Zostawmy jednak urzędasów, oni są niereformowalni, szkoda nerwów na roztrząsanie ich motywacji i działań. Dziwić jednak może postawa Bronisława Komorowskiego, który jako głowa państwa przysięgał stać na straży suwerenności i bezpieczeństwa Rzeczypospolitej. Złamał tę przysięgę. Zgoda na oddanie śledztwa Rosjanom, pozostawienie im najważniejszych dowodów w sprawie i całkowita obojętność z jego strony wobec śmierci poprzednika pozwala snuć różne, mniej lub bardziej szalone hipotezy. To samo dotyczy premiera i całej rządzącej Polską ekipy, dla której najwygodniejsze byłoby udowodnienie, że dziewięćdziesięciu sześciu ludzi obecnych na pokładzie TU154M postanowiło popełnić zbiorowe samobójstwo i roztrzaskać samolot o płytę smoleńskiego lotniska. Prowodyrem byłby oczywiście charyzmatyczny guru w mundurze generała lotnictwa...
Jedyna nadzieja na rozwikłanie zagadki z 10 kwietnia 2010 roku spoczywa w rękach niezaleeżnych dziennikarzy i blogerów. Tylko oni mają wystarczająco dużo samozaparcia by drążyć temat nie przejmując się „jedynie słusznymi” opiniami mainstreamu. Dla medialnych autorytetów ś. p. Lech Kaczyński był przecież jedynie karłem, oszołomem, kartoflem i członkiem watahy, którą trzeba dorżnąć. A dowódca sił powietrznych moczymordą, która w pijanym widzie zabiła siebie, Prezydenta Rzeczypospolitej i kilkadziesiąt przypadkowych osób...



Komentarze
Pokaż komentarze (2)