AlexanderDegrejt AlexanderDegrejt
640
BLOG

Tragedia, której nie było

AlexanderDegrejt AlexanderDegrejt Polityka Obserwuj notkę 1

10 kwietnia 2010 roku roztrzaskał się w smoleńskim błocie zestrzelony przez brzozę prezydencki samolot. Brzozie koordynaty podawał wprost z kokpitu pijany kamikaze pod dyktando wściekłego Lecha Kaczyńskiego, który uparł się dołączyć do katyńskich ofiar widząc siebie już zapewne na setkach (a może nawet tysiącach) pomników w całym kraju. Sprawa zamknięta, pielgrzymi prowadzeni przez prezydenta osiągnęli swój cel. Nie było tragedii. O co tyle szumu? Był wypadek, a te się przecież zdarzają. Że ktoś tam źle coś odczytał? No, może i tak, ale pomyłki chodzą po ludziach. Ofiarom wypadku to życia nie wróci, po co na nowo zaczynać tak ładnie zakończone śledztwo? Nie słychać generała, też coś. Przecież wszyscy wiedzą, że on tam był i naciskał, rosyjscy eksperci tak orzekli a wiadomo, rosyjscy eksperci są najlepsi na świecie – wynaleźli radio, rower a nawet maszynkę do golenia to wynajdą też przyczynę głupiego wypadku. A że nie było jej na śmietniku amerykańskiej ambasady? Pewnie, że nie było! Siedziała w kokpicie i tak ściśle milczała, tak uparcie nic nie gadała, że pilotom wolanty z rąk powyrywało podczas niezwykle trudnego manewru lądowania na plecach.

 

To tyle, jeśli chodzi o streszczenie doniesień dotyczących katastrofy prezydenckiego samolotu serwowanych nam codziennie od niemalże dwóch lat przez media tzw. głównego nurtu. Kto chce niech wierzy, kto nie chce... niech zacznie myśleć. Wiem, że to trudne i może łeb rozboleć, ale kiedy już się przebrnie przez pierwszy etap to będzie z górki. Jedna myśl podąży za drugą aż w końcu człowiek dojdzie do wniosku, że to wszystko kit. Łgarstwo szyte nićmi grubymi jak liny okrętowe mające tylko jeden cel – zamydlenie ludzkich oczu tak, by ci widzieli tylko jasno świecące na firmamencie Słoneczko Peru, tak czule tuż po katastrofie przytulane do piersi przez wodza Wszechrusi. Ta przyjaźń, nagle zrodzona w kwietniowym, smoleńskim błocie, wśród kawałków blachy, uświęcona krwią ofiar trwać musi po wieki. Warto dla niej poświęcić honor, uczciwość i zwykłą, dziennikarską przyzwoitość, która nakazuje dociekać prawdy i przekazywać ją tzw. opinii publicznej.

 

Chyba się zagalopowałem. Przyzwoitość dziennikarska leży w gestii dziennikarzy, a media o których piszę takowych nie zatrudniają. Tam pracują gwiazdy, funkcjonariusze gotowi za odpowiednie pieniądze powiedzieć każdą bzdurę, każde świństwo i rzucić każdą kalumnię na polecenie swoich szefów i tych, którzy zza kulis pociągają za sznurki. Ciemny lud to kupi, a resztę, tę myślącą samodzielnie, wystarczy ogłosić oszołomami, fanatykami – wtedy przestaną być groźni , przestaną się liczyć bo któż chciałby się z nimi identyfikować? Europejczycy z „Kolorowej Niepodległej”? Oburzeni w modnych ciuchach z kubkami kawy ze „Starbucksa”? A może fani Kuby Wojewódzkiego czy widzowie „Szkła Kontaktowego”? Zwykli ludzie usiłujący związać koniec z końcem też raczej nie, są wystarczająco zmęczeni codzienną harówą. Pozostali niszowi dziennikarze, „mohery” z Krakowskiego Przedmieścia i faszyści maszerujący przez stolicę jedenastego listopada. Dwie grupy Polaków, skonfliktowane ze sobą, napuszczone jedna na drugą przez usłużnych propagandzistów. Stara zasada „dziel i rządź” w epoce mass mediów pokazuje swoje nowe, znacznie groźniejsze oblicze mogące w efekcie doprowadzić do tragedii. Na razie skończyło się oddawaniem moczu na znicze, lżeniem i opluwaniem obrońców krzyża, no i jedną zbrodnią w poselskim biurze. Co będzie dalej? „Lemingi” się przebudzą, czy dojdzie do kolejnej tragedii? Oby nie na taką skalę, jak na norweskiej Utoyi...

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka