Kurz obchodzonego stulecia już osiadł. Za chwilę nad niektórymi tematami znowu zalegnie cisza. Nie śledziłem tej dyskusji zbyt dokładnie i odnoszę wrażenie, że niewiele straciłem. Mowa oczywiście o zamachu majowym - wydarzeniu, które w tym wpisie powróci do nas w sposób nieoczywisty.
12 maja 1935 roku siostra Faustyna Kowalska miała sen - albo, jak powiedzieliby wierzący - mistyczną wizję. Nie padło w niej nazwisko Marszałka. Nie ma tam polityki, Belwederu ani legionowych mundurów. Jest za to dusza „pełna zaszczytów i oklasków światowych”, odchodząca w straszliwych mękach. Wizja tak mocna, że sama Faustyna pisała: „drżę cała”.
Od tamtej pory wielu zastanawia się, czy mistyczka widziała właśnie śmierć Józefa Piłsudskiego. Zwłaszcza że daty zgadzają się co do dnia - 12 maja 1935 roku. A jej spowiednik, ks. Michał Sopoćko, sugerował później, że Faustyna rzeczywiście odnosiła tę wizję do Marszałka.
Tak brzmi fragment „Dzienniczka”:
„12.V.1935. Wieczorem, kiedy się położyłam do łóżka, zaraz zasnęłam, ale jak prędko zasnęłam, tak jeszcze prędzej zostałam zbudzona. (…) Wtem ujrzałam pewną duszę, która się rozłączała od ciała w strasznych mękach. O Jezu, kiedy to mam pisać, drżę cała na widok okropności, które świadczą przeciw niej…
Widziałam, jak wychodziły z jakiejś otchłani błotnistej dusze małych dzieci i większych, jakie dziewięć lat; dusze te były wstrętne i obrzydliwe, podobne do najstraszniejszych potworów, do rozpadających się trupów, ale te trupy były żywe i głośno świadczyły przeciw duszy tej, którą widzę w skonaniu; a dusza, którą widzę w skonaniu, jest to dusza, która była pełna zaszczytów i oklasków światowych, a których końcem jest próżnia i grzech. Na koniec wyszła niewiasta, która trzymała jakoby w fartuchu łzy, i ta bardzo świadczyła przeciwko niemu.
O godzino straszna, w której trzeba oglądać wszystkie swe czyny w całej ich nagości i nędzy; nie ginie z nich ani jeden, wiernie nam towarzyszyć będą na sąd Boży.
Nie mam wyrazów ani porównań na wypowiedzenie rzeczy tak strasznych, a chociaż zdaje mi się, że dusza ta nie jest potępiona, to jednak męki jej nie różnią się niczym od mąk piekielnych, tylko jest ta różnica, [że] się kiedyś skończą.”
Sen siostry Faustyny jest bardzo sugestywny. Poruszanie się w materii senno-mistycznej nie przychodzi nam łatwo, gdyż nie opiera się o logiczne rozeznawanie rzeczywistości, do którego tak przywykliśmy. Jest to swego rodzaju dysfunkcja, od której i ja sam nie jestem wolny, a w tym tekście postaram się wykazać, że jest to poznawcza skaza.
Posiadamy także inne świadectwa. Bardziej rzeczowe i konkretne – pisane przez osoby związane z Kościołem, a jednak twardo osadzone w materii doczesności. Ot choćby ksiądz Marian Tokarzewski, którego wspomnienia z Belwederu, a raczej ich obszerny fragment, możemy odnaleźć w jeszcze dostępnym numerze polskim Szkoły Nawigatorów.
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-11/
Tokarzewski maluje obraz Piłsudskiego jako człowieka otoczonego przez dwór cyników, karierowiczów i moralnych degeneratów. Belweder wygląda niemal jak dwór upadającego satrapy: masoni, ateiści, intryganci, pijacy, ludzie bez zasad. Szczególnie mocno obrywa Wieniawa-Długoszowski przedstawiony jako rozpustnik, alkoholik i człowiek od „brudnych robót”. Piłsudski miał mu ufać bezgranicznie.
„Wśród tej zgrai prym trzymał Wieniawa. Człowiek szczerze bez zastrzeżeń oddany Piłsudskiemu, ale też jednocześnie robiący karierę. Zdeprawowany do szpiku kości pijak, chorobliwy rozpustnik, który przechwalał się obecności mojej, że mając lat 10 po raz pierwszy odbył stosunek z kobietą. Zawodowy intrygant i łgarz klasyczny, cieszył się jednak bezgranicznym zaufaniem Wodza. Na próżno szukałby kto w nim odrobiny zasad jakichkolwiek. Oddany całej duszą Piłsudskiemu, przy którym robił karierę, był dosłownie na każde kiwnięcie palcem wodza. Używany był stale do tajnych funkcji, jakie spełniają wśród mętów społeczeństwa alfonsi i sutenerzy. (…)
Świtalski i Hubicka referenci prasowi, urabiali duszę Piłsudskiego. Dając mu do czytania tylko to co sami chcieli, przez siebie zebrane wycinki z gazet, rozbudzając w duszy tendencyjnie nienawiść do Polaków, a zwłaszcza endecji, do Kościoła i przedstawicieli jego.
Car-kukła, z którą nikt się nie liczył, o ile nie trzeba było sfałszować jakiegoś dokumentu ku chwale legionistów lub wspólników zbrodni. (…)
Przechodzi ludzkie pojęcie co ta banda wyprawiała.
Fałszowano dokumenty, podpisy Naczelnego Wodza, wydawano bez jego wiedzy i zgody najrozmaitsze rozporządzenia, w jego imieniu z czym się w nie kryto wcale. Biedny Piłsudski nie wiedział nawet o wielu sprawach wykonanych w jego imieniu.
Nikt nie śmiał zaprotestować, bo robiono wszystko gładko, sprytnie i dowody łotrostwa tak sprytnie maskowane że kto chciałby udowodnić, sam zginąłby, a oni wyszliby tryumfująco”. (S.N. s.23)
I dalej:
„W chorobliwej megalomanii Piłsudski boi się wszystkiego i wszystkich. Kłamstwem wierutnym jest to twierdzenie zauszników jego, że to bohater.
Począwszy od organizowania bojówek, napadów na poczty, jak na przykład pod Rogowem, wszędzie ten człowiek umiał wysunąć na czoło swoich zwolenników, którzy padali ofiarą jego zachcianek, a sam zawsze stał z boku. Taka sama historia z czystymi rękami Piłsudskiego. On nie kradł za to ręczę, ale też posyłał kraść swoich ludzi, którzy z nim dzielili się zdobyczą jako z funduszem "dyspozycyjnym". (…) Dużo o tym mógłby powiedzieć generał Zagórski. Ale go sprzątnięto zawczasu zanim mógł skorzystać z bogatego materiału dowodowego skąd pieniądze czerpał Piłsudski. Ja z całą odpowiedzialnością za to co piszę stwierdzam, że niczego tak nie boi się Piłsudski jak prawdy historycznej. Dlatego to swoimi ludźmi obsadził i biura historyczne i wszystkie instytucje. Fałszowano dokumenty na poczekaniu. A kiedy nie zdążyli wszystkich szelmostw swoich ślady sprzątać z kancelarii wojskowej po ustąpieniu Piłsudskiego z Belwederu po przyjściu Wojciechowskiego to wmówili w niego, że dla uporządkowania spraw wszystkich muszą osobno złożyć dokumenty dawne. Złożono je koło mego mieszkania w pałacyku w Łazienkach. Tam Kazimierz Świtalski i pani Hubicka całymi dniami siedzieli i stale wynosili rozmaite papiery ze sobą” (S.N. s.27)
Sam fakt, że nazwiska Kazimierza Świtalskiego i Hubickiej (Hanny) pojawiają się w tym niedługim tekście nie raz, świadczy o roli tych postaci. Została ona doceniona. Świtalski to późniejszy marszałek Sejmu a także premier w II RP, a Hanna Świtalska została senatorem. Obcowanie z ważnymi dokumentami ma jednak to do siebie, że zapewnia zazwyczaj nie tylko ważne funkcje, ale może być również przyczyną zagadkowych śmierci. Hubicka zmarła w roku 1941 w Lublinie. Ukrywała się, gdyż znalazła się na niemieckiej liście proskrypcyjnej. Przed wojną pracowała w ambasadzie w Berlinie, a potem w konsulacie w Lipsku. O okolicznościach jej śmierci wiemy niewiele. Świtalski w roku 1962 wpadł pod tramwaj i tego nie przeżył. Jego żona przeżyła natomiast umorzenie prokuratorskiego śledztwa w tej sprawie.
Wracając do relacji Tokarzewskiego - to, co moim zdaniem w tym tekście uderza najbardziej to fakt, że Piłsudski żył suflowanymi mu fikcjami, wycinkami prasowymi odrywającymi go od prawdy. W oczach księdza był człowiekiem panicznie bojącym się prawdy o sobie samym; człowiekiem, który z biegiem lat zaczął żyć w rzeczywistości coraz bardziej sztucznej, filtrowanej i reżyserowanej przez własne otoczenie. Świat, który oglądał Piłsudski, był światem spreparowanym - rzeczywistością po redakcji. Wszystko po to, by utrzymać mit nieomylnego i nieustraszonego Komendanta.
Lata temu śledząc kłamstwa i przeinaczenia Piłsudskiego dotyczące Gabriela Narutowicza dotarłem do książeczki o niewielkim nakładzie wydanej w roku 1923 a wznowionej tylko raz w Londynie w roku 1980. Są to „Wspomnienia o Gabrjelu Narutowiczu” autorstwa samego Naczelnika. O tej książce już pisałem. Piłsudski twierdził, że przed jego przyjazdem do Polski nie znał Narutowicza. Jest to półprawda. Oczywiście osobiście się nie spotkali, jednak w świetle odkryć w amerykańskich archiwach dokonanych przez Mirosława Francica i opisanych w książce "Komitet Obrony Narodowej w Ameryce 1914-1918" wiemy, że "kasjerem funduszów amerykańskich jest prof. Narutowicz. Kwitować ma on i Piłsudski" (s.140) i że "na ręce Narutowicza, przesyłano większe kwoty dla "Józefowicza", jak w korespondencji nazywano Piłsudskiego" (s.141). W owych przekazach pieniężnych, których kwoty dochodziły do kilku tysięcy ówczesnych dolarów miał miejsce "szereg perturbacji, przeznaczenie pewnych kwot nie było jasne, kwitowanie ich odbioru - nieterminowe". Przyznam, że treść owych rewelacji koresponduje dobrze z wnioskami księdza Tokarzewskiego o tym "co mógłby powiedzieć generał Zagórski go sprzątnięto".
Druk o Narutowiczu jest także ważnym dokumentem ze względu na refleksję Marszałka, który to siebie stawiał w miejscu przyszłej ofiary, co ma sprawić wrażenie, że prezydenta uśmiercono przypadkowo i w zastępstwie. Z tego tekstu dowiadujemy się także, że Piłsudski trafniej typował miejsca bezpieczne. Wolał Biuro Historyczne, pełne oddanych mu ludzi, niż pełną politycznej bohemy Zachętę.
„We wszystkich rozmowach, które podczas tych dwóch wieczorów z nim prowadziłem, nie odczułem ani chwili, by przewidywał jakieś groźniejsze dla siebie następstwa. Co do mnie, gdym spostrzegł koło swego mieszkania te same co zawsze podejrzane i ciemne figury o typie bolszewicko-narodowym, także się nieco uspokoiłem przypuszczając, że dalej jestem wyłącznym celem kreciej roboty terrorystycznej.
Ostatniego wieczoru przed śmiercią G. Narutowicza nie byłem u niego. Zdecydowałem się nie stwarzać wrażenia, że istnieje jakieś condominium władzy i że G. Narutowicz bez mojej rady nic nie decyduje i nie postanawia. Nazajutrz, gdym był w Sztabie, w Biurze Historycznem, otrzymałem wiadomość o zamordowaniu Prezydenta Narutowicza w gmachy Zachęty sztuk pięknych”. (s.59-60)
Przyznam, że z określeniem „typ bolszewicko-narodowy” spotkałem się w tej lekturze po raz pierwszy. Dziwne to typy, bowiem krążą „zawsze” wokół mieszkania Komendanta ale trącą jakimś nieznanym bolszewikom imposybilizmem. Może na tym krążeniu polegała ich „krecia robota terrorystyczna"? Co prawda trudno mi w tym dostrzec ślady terroru, ale kto wie, może Piłsudski swoim politycznym instynktem przeczuwał już nadchodzące czasy stalkerów?
Ten cytat o poczuciu zagrożenia ze strony „typów bolszewicko-narodowych” wstawiłem tu nieprzypadkowo. Gdyż podobne wątki pojawiają się w wikipedycznych informacjach dotyczących przewrotu majowego. Oto wybrane fragmenty:
„Sprawa zamachu
W roku 1924 wywiad wojskowy wpadł na trop przygotowań do zamachu na życie Piłsudskiego. Miały go przygotowywać – według informacji uzyskanych przez rząd Grabskiego – służby specjalne ZSRR. Do ochrony willi w Sulejówku wyznaczono 7 Pułk Ułanów Lubelskich, który skierował do ochrony jedną sekcję (7–8 ludzi) z rkm’ami; czuwała również żandarmeria i policja. Do zamachu nie doszło, ale kilkakrotnie willę obrzucano kamieniami, co było prawdopodobnie dziełem bojówek prawicowych. Kilkakrotnie domownicy dostrzegli lub schwytali osobników, którzy próbowali dostać się do ogrodu. Konsekwencji żadnych nie wyciągnięto.
(…)
„12 maja
Rankiem 12 maja w prasie pojawiły się informacje, że dom Piłsudskiego w Sulejówku został ostrzelany. Później okazało się, że były one nieprawdziwe, jednak wywołały oburzenie wśród piłsudczyków”.
Zauważmy, że pojawiają się tu i tropy bolszewickie i jacyś nieznani sprawcy prawicowi, których "krecią terrorystyczną robotę" jesteśmy w stanie rozpoznać po totalnym stanie zaślepienia, który każe im iść na rkm-y z jakimiś kamykami. Po czym rozchodzą się owe bolszewicko-narodowe krety bez „żadnych konsekwencji”. A 12 maja mamy do czynienia z informacjami, które okazały się nieprawdziwe.
To ciekawy moment, bowiem w książce Czesława Witkowskiego p.t. „Majowy zamach stanu” (strony 96 i 97) możemy odnaleźć fragmenty wywiadu, którego Piłsudski udzielił w dniu 10 maja 1926 roku dla „Kuriera Porannego”. Komisariat Rządu nakazał skonfiskować całe wydanie gazety, ale oczywiście część nakładu „rozeszła się wśród polityków i mieszkańców stolicy”, po czym opublikowały go inne dzienniki. Cóż mogę, rzec, moi zdaniem Piłsudski antycypował to, co miało wydarzyć się 12 maja, a potem co okazało się być plotką, czyli zamach w Sulejówku:
„… zastosowano względem mnie osobiście środki bardzo niedowcipne, ale za to bardzo hańbiące. Otoczono mnie płatnymi szpiegami, przekupywano pieniędzmi i awansami każdego, kto mnie – byłego Naczelnego Wodza – zdradzał, szukano jak to śmiem twierdzić mojej śmierci”.
Gdyby chcieć podsumować snute tu dziś, a oparte przecież głównie na cytatach, opowieści, to chyba wypada stwierdzić, że „krecią robotę terrorystyczną” uprawiał względem siebie sam Piłsudski. Tym, czego nie był w stanie dostrzec Naczelnik była rzeczywiście grożąca mu śmierć, tyle że nie śmierć doczesna. Kreci wzrok Naczelnika nie pozwolił mu dostrzec „terrorystycznej roboty” dokonywanej względem swojej duszy?
To moment, w którym raz jeszcze sięgnę do snu Faustyny. Moim bowiem zdaniem, odnajdziemy tu ślad po tym, że to co najbardziej wstrętne i obrzydliwe Piłsudski uczynił swej duszy w maju 1926 roku. Teksty mistyków mają to do siebie, że trudno w nie wniknąć osobom zakotwiczonym w doczesności. Po tafli tego co niepojęte, potrafimy przejechać, jak łyżwami po lodzie. A ta tafla oddziela od głębi. Spróbujmy ją pokonać. Nie takie to trudne:
„Widziałam, jak wychodziły z jakiejś otchłani błotnistej dusze małych dzieci i większych, jakie dziewięć lat; dusze te były wstrętne i obrzydliwe, podobne do najstraszniejszych potworów, do rozpadających się trupów, ale te trupy były żywe…”.
Już to widzicie? Dusze małych dzieci są zazwyczaj czyste. W tym śnie jest inaczej i kluczem do odczytanie jest owe 9 lat:
„dusze małych dzieci i większych, jakie dziewięć lat".
Faustyna miała ów sen dokładnie 9 lat po zamachu majowym. Piłsudski został zabrany z tego świata 12 maja - dokładnie 9 lat po tym jak na ulicach Warszawy polała się krew…
Tu proponuję, by raz jeszcze wrócić do przesłania tekstu księdza Tokarzewskiego. Tak naprawdę pisał on o świecie, który żył polityczną iluzją. O państwie, które zastąpiło zdrowe instytucje kultem człowieka. O społeczeństwie, które bardziej wierzyło w legendę niż w rzeczywistość. Dlatego jego wspomnienia mają momentami klimat nie politycznego pamfletu, ale kazania o pysze. Sanacja jawi się tam jako system oparty na micie wodza - mitu tak silnego, że zagłuszył zdrowy rozsądek.
Ta iluzja, ta nierzeczywistość już raz mu się w oczy rzuciła. Zapamiętał ją dobrze, gdyż sam jej uległ. Pisał o tym w „Straży przedniej”, w rozdziale „Zmarnowane skarby” (s.188-189), gdy zastanawiał się „dlaczego Polacy na kresach pozostawili na łup bolszewików tyle nieocenionych skarbów". Przytoczę ten rozdział bez skrótów, bowiem ksiądz wymienia w nim katastrofalne błędy, którym towarzyszyły tragiczne złudzenia. Złudzenia, którym ulegli mądrzy przecież ludzie. Warto o tej liście pamiętać i dziś, gdyż jest nad zwyczaj aktualna, z tą może różnicą, że zamiast typów "bolszewicko-narodowych" dziś mówi się nam o typach "rusofilsko-narodowych". Kolejna różnica jest taka, że ledwie dni temu kilka zasugerowano nam nadzieję, że "coś zrobi Anglia", a o Francji na razie cisza. Poczytajmy tego co miał nam do przekazania ksiądz Tokarzewski:
„Dlaczego Polacy na kresach pozostawili na łup bolszewików tyle nieocenionych skarbów? Dla wydania sądu w tej sprawie trzeba pamiętać przede wszystkim o tem, że:
1) prowincja była odcięta całymi miesiącami od świata.
2) Ci, którzy przychodzili do nas z Polski mieli za zadanie coś od nas dowiedzieć się, a nigdy nie poczuwali się do obowiązku, dostawszy się na prowincję, uświadomić miejscowe społeczeństwo. A może i sami nic nie wiedzieli, bo byli używani, jako zwykłe pionki.
3) Przedstawiciele poszczególnych partii politycznych od swoich centrali nie otrzymywali żadnych dyrektyw.
4) Zorganizowani przez P.K.W. komisarze gubernialni i powiatowi też nie spełniali swego obowiązku uświadomienia o faktycznym stanie szerokich kół inteligencji polskiej, rozrzuconej na prowincji.
5) Barbarzyństwa bolszewików i petlurowców były tak wielkie, a wszystkie prawa przez nich wydawane tak absurdalnie nielogiczne, że nikomu z nas na prowincji na myśl przyjść nie mogło, że rządy absurdu mogą zyskać przyjaciół wśród narodów kulturalnych
6) Byliśmy pewni, że wcześniej czy później, ten kolos na glinianych nogach runąć musi. Ba. Gdybyż to była pewność, że „wcześniej czy później runie”. Myśmy byli przekonani każdego dnia, że ten trup żyjący i rozkładający się „jutra” nie doczeka.
7) Mieliśmy nadzieję, że „coś” zrobi Francja lub Anglia.
8) A przedewszystkiem podtrzymywała nas, wielka wiara w „Polskę ideę i geniusz Piłsudskiego”.
9) A gdyby to wszystko nas było zawiodło, mieliśmy nadzieję, że zwycięży „zdrowy rozum ludu”, a musi być inaczej, niż jest. Tak zapewne myśleli magnaci Sanguszko, Potocki, Mańkowski, Brzozowscy i inni, którzy oddali na łup dziczy nieocenione skarby. Prawdopodobnie tak myśleli biskupi i kapłani, którzy na pastwę Żydów zostawili skarby kościelne, oczekując, że będzie „inaczej”.
I z każdym dniem istotnie było inaczej. Do coraz gorzej.
Wymordowano obywateli i zamożniejszą inteligencję, celowo wygnano resztę Polaków inteligentnych, zrabowano kościoły wszystkie, zbolszewizowano szkoły polskie.
A szkoda, wielka szkoda, że nikt się nie poczuł do obowiązku, bodaj choć wtedy, kiedy polskie wojska odstępowały powiedzieć: „Skończone, zabierajcie co możecie i uchodźcie”.
Pewien polski komisarz, swoje skarby w kilku wagonach zdążył wywieźć do Warszawy. Ileż to cennych skarbów udałoby się było uratować od zniszczenia, gdyby był innym powiedział w czas to, o czem sam już wiedział.
Szkoda tych skarbów. Ale jeszcze więcej żal dusz ludzkich. Dzisiaj tam wielki „głód słowa Bożego”.
Ten głód zrobi największe spustoszenia, przedewszystkiem zgangrenuje dusze dzieci i młodzieży"
Prawda, że daje do myślenia?
***
Pod poniższym linkiem znajdziecie wszystkie omówione dziś książki. Zadbałem o to, by "Dzienniczek" siostry Faustyny wzbogacić łagiewnickim stemplem (na zdjęciu). Co do książeczki Piłsudskiego - wystawiam na licytację.
https://allegro.pl/uzytkownik/makulekturapl


Komentarze
Pokaż komentarze