Lodowcowe Pole
Nie czyńcie Prawdy groźną i złowrogą, Ani jej strójcie w hełmy i pancerze, Niech nie przeraża jej postać nikogo
82 obserwujących
571 notek
1420k odsłon
  791   1

Sen pilota za sterami? Pamięci Leonarda Satela dedykuję.

RWD 4 Aeroklubu Sląskiego. Zdjęcie: Antoni D.
RWD 4 Aeroklubu Sląskiego. Zdjęcie: Antoni D.


Niedawno media doniosły o incydencie lotniczym z udziałem włoskiej maszyny pasażerskiej lecącej z Nowego Jorku do Rzymu. Wleciała ona we francuską przestrzeń powietrzną bez kontaktu radiowego. Po poderwaniu pary dyżurnych myśliwców Francuzi dowiedzieli się, że brak kontaktu radiowego spowodowany był głębokim snem obydwu pilotów prowadzących maszynę. Co działo się w kabinie wcześniej, że piloci byli tak dobrze odprężeni, pozostawiam wyobraźni czytelników.

Ale ten przypadek doprowadził do tego, w książce stojącej od lat na półce domowej biblioteki pojawił się kolejny wpis poprawiający jej treść.

Książka, o której wspominam to „Księga Lotników Polskich poległych, zmarłych i zaginionych 1939-1946”, autorstwa Olgierda Kumfta i Huberta Kazimierza Kujawy. Od czasu, kiedy ją nabyłem w 1989 roku obrasta przypisami na marginesach prostującymi lub uzupełniającymi informacje w niej zawarte na temat losu polskich pilotów.

Już przed paru laty opublikowałem tu notkę, w której wyjaśniłem okoliczności śmierci załogi polskiego „Lancastera” zestrzelonego przez niemieckiego nocnego myśliwca. Samolot ten był uznawany za utracony w nieznanych okolicznościach i dzięki rozmowom z niemieckimi pilotami udało mi się odtworzyć ostatnie chwile nieszczęsnej polskiej załogi. Po opublikowaniu tej notki odwiedziłem nawet cmentarz, na którym pochowani są polscy piloci, aby po latach zapalić im nagrobny znicz. https://www.salon24.pl/u/alpejski/870190,hotel-brawo-tango-i-jego-przeciwnik

I nawet nie przypuszczałem, że informacja o włoskim samolocie doprowadzi do jeszcze jednej korekty w „Księdze Lotników”. Ale po kolei.

Zabawna wiadomość o śpiącej załodze włoskiej maszyny wzbudziła moje skojarzenia z przedwojennym pilotem Aeroklubu i historią, którą usłyszałem od starego instruktora szybowcowego Antoniego Pawliczka.

A było to tak.

Do samolotu Polskich Linii Lotniczych „LOT” Junkers F13 wsiadł ubrany w garnitur szef lotnictwa generał Ludomił Rayski z zamiarem dotarcia do Lwowa. Jakieś 20 minut po starcie samolot zaczął się dziwnie zachowywać. Powoli nabierał wysokości, aby po chwili przejść w płytkie nurkowanie. Podczas nurkowania pilot nie zdejmował gazu i odgłos silnika przechodził w wycie. Po kolejnej chwili samolot wyrównywał i przechodził na wznoszenie, aby w ciągu kilku minut ponownie przejść w płytkie nurkowanie. Kiedy sytuacja powtórzyła się kolejny raz, zaniepokojony Rayski postanowił zajrzeć do kabiny pilota. Jego oczom ukazał się zdumiewający spektakl. Za sterami siedział pilot, który co chwila sobie smacznie przysypiał. Kiedy dopadał go sen, lekko oddawał wolant (dla nieznających pilotażu - pchał go do przodu) i samolot nurkował. Ryk rozkręcającego się śmigła i silnika wchodzącego na duże obroty w pewnym momencie budziły pilota, który pociągał wolant na siebie przechodząc do wznoszenia. Ku zdziwieniu Rayskiego drugi pilot wtulony w burtę maszyny w ogóle się nie budził, pomimo ryku silnika i wichru szalejącego wokół kabiny.

Bo trzeba tu wyjaśnić, że Junkersy F13 posiadały otwartą kabinę załogi, a piloci chronieni byli jedynie niewielkich rozmiarów szybą wiatrochronu, co doskonale widoczne jest na poniższym zdjęciu. Kabina pasażerska była zaś zamknięta i ogrzewana. Rayski przez szybę nie spuszczał oka z pilota, ale nie reagował do momentu, kiedy szczęśliwie dotarli do Lwowa.

image

Junkers F13 w służbie LOT. Zdjęcie: Wikipedia

Tam wysiadając z samolotu wręczył pilotowi odręcznie napisaną kartkę z poleceniem zameldowania się u przełożonych w celu udzielenia urlopu, aby pilot mógł się porządnie wyspać. Jednocześnie przedstawił się i zapytał o nazwisko. Pilot po usłyszeniu, kogo właśnie ma przed sobą, natychmiast całkowicie otrzeźwiał, ale Rayski na drugiej kartce dał mu termin stawienia się w urzędzie, którym wtedy kierował.

Satel! Po urlopie jesteście skierowani do Aeroklubu Śląskiego, tam wypoczniecie i będziecie szkolić pilotów! – oznajmił tonem dowódcy. Satel pobladł na twarzy, on urodzony Warszawiak ma trafić na zesłanie do nowego aeroklubu? Ale Rayski był nieubłagany.

Aby uzmysłowić Wam skalę grozy, wspomnę o początkach Aeroklubu Śląskiego.

W dniu 19 października 1927 r. zarejestrowano Klub Pilotów Województwa Śląskiego „Pilot”, który od początku działalności zmierzającej do zorganizowania szkolenia i zakupu sprzętu inwigilowany był przez różnych nadgorliwych działaczy miejscowych władz skupionych wokół wojewody Grażyńskiego. Dzięki setkom „konfidencjonalnych donosów” wiemy, że „składał się z Polaków byłych pilotów żołnierzy i cywilnych, państw zaborczych, przeważnie państwa niemieckiego”.

Aby zorganizować szkolenie przeprowadzono reorganizację, powołując 25.05.1929 r. Śląski Klub Lotniczy, który uzyskał w Departamencie Aeronautyki Ministerstwa Spraw Wojskowych przydział trzech samolotów „Hanriot” XXVIII na których rozpoczęto szkolenie 5 czerwca 1929 roku.

Lubię to! Skomentuj15 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości