W kolejnych notkach chciałbym napisać tekst o trzech Apostołach naszego Kościoła, oraz o aktywnym Judaszu. Prolog dzisiaj...
Myślę, że Autor - Michał Radziechwski nie będzie miał mi za złe, że posłużyłem się we wstępie jego artykułem z 29 grudnia 2008 roku. Chciałem podkreślić, że to notka wstępna , tzw "pilot".
Część I (wstęp)
W mieścinie Krakowie od lat panoszy się dumnie tajemnicza formacja zbrojna, pod nazwą instytut Tertio Millenio. Nikt do końca nie ma pewności, do czego służy Instytut Tertio Millennio.
Powszechna w społeczeństwie niewiedza, co do przedmiotu działań Instytutu Tertio Millennio wynika z oczywistych względów, mianowicie strach w dzisiejszych czasach o takie rzeczy pytać, oraz także z tej przyczyny, że sami założyciele niespecjalnie dbają o takie pierdoły, jak konkretny cel, gdyż, jak nauczają, celem każdej owieczki, którą komuchy zwą człowiekiem, jest dostąpienie zbawienia. Pod rządami Tuska, z hasłem zbawienia na sztandarach, sekta Tertio Millennio stała się najbardziej ekskluzywnym klubem politycznym RP. Urzędujący premier zapragnął, jak każdy szanujący się prawicowy dygnitarz, posiadać swojego własnego Ojca Dyrektora.
Tuskowa wersja Tadeusza R. nazywa się Zięba i też jest Ojcem. Ojciec Maciej Zięba to taki dominikanin, który już w pierwszym kontakcie sprawia wrażenie, jakby w swoim mnisim życiu niejedną czarownicę podsmażył na ruszcie. Trudno, będąc w Krakowie, nie nadziać się na surową facjatę tuskowego inkwizytora. Ojciec Zięba to postać w Krakowie tak głośna, że swoim rykiem zagłusza popierdujących w trąbki hejnalistów, a dla przerażonych przechodniów brakuje miejsca w schronach. Ojciec Zięba swoim rykiem wyraża bowiem prawdy wiary, polegające na obronie wolnego rynku. Jedyny rynek, jaki ma ojciec do dyspozycji – rynek krakowski – dlatego wiecznie taki rozkopany, że ojciec Zięba zaminował się i montuje przyczółki.
Po skończonym dniu walki o wolny rynek, kiedy wycieńczone padały ostatnie niedobitki przeciwników wolnego rynku, można było ojca Ziębę napotkać w podziemiach knajpy Loch Camelot, gdzie krakowska konserwa dawała w czajnik przy akompaniamencie tubalnych arii Władysława Bartoszewskiego.
Ojciec Zięba to przede wszystkim z zawodu oszołom i w tym fachu pozostaje bezkonkurencyjnym profesjonalistą. Gdyby jakaś firma, sekta, albo ugrupowanie zbrojne chciało Ojca podkupić, odbyłoby się to z wielką szkodą dla Kościoła Kat., a o to przecież mi chodzi. Warto przybliżyć więc ojcowskie CV, mniemając, że zainteresuje się nim jakieś ramię zbrojne, inne niż dotychczasowy chlebodawca tatki – dominikanie.
Nauki, jak zostać oszołomem, Ojciec pobierał u buszystów z Amerykańskiego Instytutu Przedsiębiorczości, który założono już w 1943 r. w Waszyngtonie, aby szkolić desant obrońców wolnego rynku. Instytut to przekształcone Amerykańskie Stowarzyszenie Przedsiębiorczości, zawiązanej w 1938 r. grupy biznesmenów, oburzonych, że świat coraz mniej wierzy w wolny rynek. Około dwustu wychowanków Instytutu zasiadało w administracji G. W. Busha, kiedy ten rozpoczął wojowanie z Irakiem. Amerykański Instytut Przedsiębiorczości jest bowiem think tankiem. Zapewne w tym sensie, że jego członkowie myślą jak czołgi: „Misją AEI jest obrona zasad fundujących instytucje amerykańskiej wolności i demokratycznego kapitalizmu – rządu ograniczonego, prywatnej przedsiębiorczości, wolności indywidualnej i odpowiedzialności, energicznej i efektywnej obrony oraz polityki zagranicznej”.
Do walki z przeciwnikami wolnego rynku Ojciec Zięba używa nie tylko okopów i armat. W chwilach, kiedy przeciwnicy wolnego rynku błagają Ojca Ziębę o chwilę zlitowania, Ojciec poświęca się swojej drugiej wielkiej pasji – uczestniczeniem, lub własnoręcznym podpisywaniem tzw. aktów erekcyjnych. Ojciec Zięba zdaje się wymyślać różne odjazdowe numery po nazwą
Ośrodek Myśli Politycznej, wspomniany Instytut Tertio Millennio oraz Europejskie Centrum Solidarności, tylko po to, aby doznać podpisania aktu erekcyjnego. Ostatni z wymienionych uboczny produkt ojcowskich skłonności jest ze wszystkich najokazalszy. Umowę z ojcem, przypieczętowaną wspólnym rozkoszowaniem się z podpisania aktu erekcyjnego, klepną Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, marszałek województwa pomorskiego, Śniadek Janusz, co to jest przewodniczącym NSZZ „Solidarność”, oraz prezydent Gdańska.
Centrum powstało na terenach dawnej Stoczni Gdańskiej, co z pewnością uradowało wszystkich stoczniowców, wywalonych z roboty w wyniku solidarnościowych przemian. Zanim powstała ta szacowna instytucja, już łyknęła dotację na działalność bieżącą: 4,2 mln z budżetu miasta Gdańska, 4 mln z budżetu Ministerstwa Kultury, 1 mln z budżetu urzędu marszałkowskiego województwa pomorskiego na 2008 r. Według przytaczanego na tę okoliczność przez tygodnik „Nie” sprawozdania finansowego, jedna trzecia tych sum, bo ponad 3 mln zł, przeznaczona jest na wynagrodzenia. Zarobki u tatki nie najgorsze, bo 4 tys. z groszami.
Przedsiębiorczy Ojciec ma, poza podpisywaniem aktów erekcyjnych, jeszcze jedną skłonność. Lubi mianowicie dzielić się z ludem złotymi myślami. Głównie za pośrednictwem Gazety Wyborczej, oraz nieocenionego dziennika Fakt, gdzie dorabia do skromnej pensyjki. W udzielonym ostatnio wywiadzie dla GW ojciec odsłania przed czytelnikiem kulisy powołania. Na pytanie dziennikarzy „Czy Kościół to świetna firma” odpowiada bez ogródek: „Świetna, bo za dyrektora ma Ducha Świętego. Mało firm potrafi przetrzymać tyle kryzysów. Kiedy otwieraliśmy konto w banku, urzędniczka zapytała o rok założenia firmy.
Odpowiedzieliśmy, że 1216 r., bo to data powstania zakonu dominikanów, i pani spojrzała na nas z szacunkiem”.
„Jezus odpowiedział pewnemu człowiekowi: Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną! Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. Czy Kościół uczy w ten sposób, że w każdym momencie musimy być gotowi wszystko oddać?” – zagadują jeszcze klęczący panowie z Wybiórki.
Odpowiedź: „Sądzę, że gdyby młodzieniec odpowiedział Jezusowi: Idę wszystko rozdawać, Jezus powiedziałby mu, że mniej tu chodzi o samo rozdawanie, bardziej o pełnię wolności”.
Złote myśli Ojciec tworzy również bez pomocy dziennikarzy. Sezon na twórczość literacką Ojca Zięby przypada zwykle w grudniu, kiedy tłumaczy ów kapłan czytelnikom Faktu, że święta Bożego Narodzenia to nie tylko Mikołaje z coca colą i, mimo mrozu, skąpo odziane elfy. „Jeżeli przygotowania te będą polegały tylko na kupowaniu, gotowaniu i sprzątaniu – to zabijemy radość ze świętowania przyjścia Jezusa na świat. Zostanie już tylko wydmuszka. Tym samym ograbimy i spłycimy swoje człowieczeństwo”.
Czujni strażnicy kościelnego monopolu na prawdę i rację lubują się w przybieraniu twarzyczek niewzruszonych autorytetów moralnych. Jedna z takich żywych tandetnych figurek siedzi w Toruniu. Drugi zaś wszędzie indziej.
Tyle wstępem.


Komentarze
Pokaż komentarze