Zastanawiającym może być fakt, że dotychczas nikt poza Pawłem Zyzakiem nie pokusił się o napisanie biografii jakiegokolwiek istotnego polityka funkcjonującego do dziś w obszarze publicznym od zgoła już dwudziestu z hakiem lat.
A byłoby komu takie biografie napisać. Można by jednym cięgiem sypać nazwiskami z rękawa.
A tu nic. Tu pustynia. Ja nawet nie wiem, czy ktoś się do takiego zadania przymierza, czy ktoś w ogóle chce coś takiego napisać, a potem… opublikować.
Ja rozumiem, że do tego potrzeba rodziny, przyjaciół, wrogów, sąsiadów, znajomych, przechodniów, dziennikarzy, polityków, etc, etc…
Ja to wszystko rozumiem.
Nie rozumiem jednak, jak to jest, że w całym cywilizowanym, zachodnim świecie nie ma z tym najmniejszego problemu.
Ukazuje się sporo pozycji biograficznych polityków tak tych żyjących, ja i tych, którym się „zeszło” z tego świata.
Reguły nie ma. Tabu też nie ma.
Rzecz niestety tkwi w standardach. To brzydkie słowo.
Rzecz tkwi w demokracji o której owe standardy stanowią.
Tu nie ma mocnych w polskim kraju.
Tak jak Kaczyńscy chcieli dyplomatycznie ścigać się z niemieckim „kartoflem”, tak jak Sikorski chce dorwać Rydzyka via Watykan, tak jak Kalisz chce „uświęcić” męczeństwo Blidy, tak wszyscy „święci” naszej polityki minionego dwudziestolecia pilnują jak racji stanu swych życiorysów.
Kimś, kto powinien się doczekać biografii w pierwszym rzędzie, jest moim zdaniem Adam Michnik.
Pierwszy „szarlatan” polskiej transformacji. Pierwszy architekt i beneficjent owoców okrągłostołowych roku pamiętnego.
Michnik okopał się jednak na pozycjach „z góry upatrzonych”, jak to w żargonie wojskowym zwykło się mawiać.
Michnik to dziś fasada, taka mumia, której strzegą zastępy prawnicze. Michnik już mało pisze, bo po co ma pisać. Michnik swoje napisał, a dziś wypada tego bronić. Nie piórem. Dyskusja skończona, bo nowych tematów brak. Mamy co mamy. Barykady niepotrzebne.
Wystarczy już tylko warczeć i dobijać finansowo, za „ą”, „ę” lub też za zdanie, tak antysystemowe jak: „nazwanie mego ojca szpiegiem sowieckim odebrałem jako oszczerstwo wymierzone w jego godność i moje prawo do szanowania jego pamięci”.
Czy też taki fragment:
Jarosław Gowin (PO) przeprosił na łamach "Dziennika - Gazety Prawnej" Adama Michnika za wypowiedź jakoby naczelny "Gazety" nazwał go faszystą. Według Gowina Michnik miał użyć tego określenia podczas debaty poświęconej lustracji, a organizowanej przez "Znak" w 1997 r. Dziesięć lat później w wywiadzie dla "Dziennika" ówczesny senator PO powiedział: "Pamiętam, jak wiele lat temu za poparcie idei lustracji zostałem przez Michnika nazwany faszystą". Michnik domagał się wtedy odwołania kłamstwa, które go obraża, bo sugeruje, że zamiast argumentów używa inwektyw. A gdy się nie doczekał, wytoczył proces.
Nie mam zamiaru pisać o głośniejszych pozwach, bo po co ?
Tytułowe TW ?
Michnik nie był jednak TW i nieważne, czy grzebał, czy szperał w archiwach. Nieważne czy siedział i za co. Michnik nie zagrażał PRL-owi, tak samo jak PRL nie zagrażał swoim dzieciom. Michnik mógł być co najwyżej karcony jako dziecię niesforne. Michnik mimo, że natrętny, był potrzebny.
Oczywiście, że miał teczkę, oczywiście, że wylewnie „opowiadał” popijając z lampki „pliską”, kształtując już wtedy swoje nadmuchane ego. Bezkarnie tak naprawdę, dodajmy.
W czasach, gdy Miller , było nie było, bardzo bliska osoba, olała go i nie wysłuchała należycie krzywdy , którą mu zmajstrowano w zacienionym gabinecie około „Jakubowskiej”, latał „po mieście” pół roku i roznosił wici.
Szokiem dla niego zapewne być musiało, że wszyscy go olali. Redaktor padł, ale na chwilę.
Ujawnienie afery Rywina było już tylko aktem rozpaczy. Michnik skończył się jako ideolog. Stał się postacią po raz pierwszy „wydymaną” i to przez swoich.
Ważne jest jednak to, że do dziś nie znalazł się nikt, kto chciałby napisać biografię Michnika.
Jest może jakiś chętny ?


Komentarze
Pokaż komentarze (21)