Sporo już napisano o inicjatywie Palikota, Siwca i Kwaśniewskiego. Nie ma więc sensu się zbytnio powtarzać.
Jeżeli ktoś mówi o wspólnych listach do Europarlamentu, nie formułując jednocześnie jakiegokolwiek programu skierowanego do wyborców, a tym samym nie definiując tych wyborców, stawia się na dzień dobry w pozycji co najmniej politycznego hochsztaplera.
W skomplikowanej sytuacji gospodarczej kraju taka inicjatywa musi budzić co najwyżej uśmiech politowania.
Ma rację Olejniczak mówiąc, że „jest parę stanowisk do obsadzenia” w strukturach unijnych przez środowiska lewicowe oceniając inicjatywę wspomnianej trójki.
Dziś widać jak na dłoni, czym dla polityków o nastawieniu liberalno-lewicowym jest Unia Europejska.
Przeorane krajowe podwórko nie daje już możliwości na realizację swoich aspiracji tak Siwcowi, Palikotowi jak i Kwaśniewskiemu.
Zapewne nudzi się w Polsce także zakochanemu w sobie , bufoniastemu Kaliszowi, dla którego SLD wyraźnie staje się za ciasne.
Wszyscy wspomniani towarzysze są „forsiaści” po dziurki od nosa, więc nie powinna dziwić ich determinacja w kontekście zwykłej, ludzkiej pazerności.
Można więc zapytać, a gdzie w tym wszystkim jest miejsce na zwykłego Polaka. Nawet już nie zwykłego Polaka, ale tego „wrażliwego” jak na standardy lewicowe ?
Niespecjalnie obchodzi mnie to, co Miller zrobi z Kaliszem, ani co Kalisz zrobi z Millerem.
Dziś już wyraźnie widać, że Lewica w Polsce idzie w kierunku ostatecznej rozgrywki. Nieważne kto będzie „górą”, bo dla Polaków to nie ma kompletnie żadnego znaczenia. Co najwyżej szybciej pozbędą się złudzeń.
Myśl marksistowska najwyraźniej ma się dobrze w kryzysie. W strukturach europejskich popyt na nią nie słabnie.
„Wypasieni” marksiści potrzebują tylko polskiego „Bajkonuru”, który wyniesie ich na orbitę.
O resztę zatroszczy się Barosso z Schultzem.
Oby tylko się dostać…


Komentarze
Pokaż komentarze (18)