Nie, żebym był jakoś uprzedzony, ale nad tym Kongresem już od początku ciążyło jakieś fatum. To było widać w mediach zanim panie zebrały się w Pałacu Kultury i Nauki. Zresztą jak dla mnie to dwa dni przebywania razem – w przypadku kobiet – to poważne ryzyko, że coś się z tego niekoniecznie dobrego – narodzi.
W sobotę „podpadł” Piechociński żartując sobie. No a dowcipy w kobiecym towarzystwie to mówią one, a nie faceci. Środa i tak potraktowała go w miarę łagodnie jak na faceta co to jest świnią. Wybrnął za to z sytuacji – o dziwo – prezydent Komorowski, chowając się za szerokimi plecami swojej żony i poprzez te plecy dukając swoje wyuczone do mikrofonu. Specjalnego aplauzu nie było, bo od dziś wiadomo, że Komorowski ma trochę tych „dzieciorów” i gwałcić go na siłę w kwestii małżeństw „zamieszanych”, czy innych „dziwactw” nie ma sensu.
No ale w niedzielę to dopiero się działo. Wejście naszego kuternogi Premiera na mównicę spowodowało aplauz porównywalny tylko z najlepszej jakości orgazmem. Poniekąd to nie dziwi, bo od rana zgromadzone w pałacu siostry w wierze żadnego faceta nie widziały. Jak to kiedyś mój znajomy powiedział na pewnej imprezie – my tu gadu gadu, a kobiety od dawna nie miały nic ciepłego w ustach.
Oczywiście to nie koniec emocji, bo zanim premier dmuchnął w mikrofon, to z tyłu sali jakaś kobieta usilnie próbowała zadać pytanie premierowi. Sprawa była nie do końca dograna, bo „robiąca” za wodzireja Dorota Warakomska zwróciła się z apelem do sali – wyklaskajmy ją, wyklaskajmy ją ! No i panie wyklaskały w imię równości, braterstwa i tolerancji. Ktoś tam jednak zachował przytomność umysłu i pozwolono tej kobiecie się zbliżyć na odległość 10 metrów od premiera, zabraniając wstępu na scenę.
Jeżeli ktoś widział jak wygląda zdradzona kobieta i do czego jest zdolna, to ja już nic więcej nie muszę pisać. Anka Zet, bo tak ją nazwano, przejechała się po naszym premierze w sposób taki, że z całą stanowczością muszę stwierdzić, iż ta odległość 10 metrów była dobrze przemyślana.
I tu muszę powiedzieć, że mam mieszane uczucia, gdyż mój premier stanowczo opowiedział się przeciwko rewolucji obyczajowej, co paniom nie spodobało się do tego stopnia, że od orgazmu przeszły do kolejnego aktu „tolerancji” - wytupując, wyklaskując i mrucząc pod adresem, było nie było – kontuzjowanego Premiera. Kongres osiągnął więc swoje apogeum w postaci wyklaskanej Anki Zet i wybuczanego premiera. Gdyby nie ta Anka, to musiałbym napisać, że wicepremier Piechociński miał rację.
To zapewne i tak nie ma znaczenia, bo tak naprawdę facet jednak jest świnią i basta !


Komentarze
Pokaż komentarze (21)