Nigdy nie myślałem, że niewinna sonda dotycząca popularności wybranych blogerów S24 może posłużyć do dywagacji prawie, że egzystencjonalnych. Urokowi sondy blogera "Polakoczerwoni" uległy takie salonowe tuzy jak Coryllus czy Krzysztof Osiejuk. Toyah w odpowiedzi Coryllusowi nawet temat twórczo rozwinął, biorąc na tapetę dwa tygodniki "Sieci" versus "Do Rzeczy". Jako, że czas kanikuły, to i ja troche powspominam. A więc, do przysłowiowego "do rzeczy".
Żyjemy w strasznie parszywych czasach. Nagroda Nobla przyznana jakiemuś chemikowi, fizykowi czy też biologowi jest już prawie, że równoważna na ten przykład z taką nagrodą Oskara, World Press Photo czy też Grammy. Co prawda ci co odegrali rolę - zaśpiewali song, zrobili zdjęcie, które z kolei opisali krytycy różnej maści - korzystali pośrednio z odkryć chemików, fizyków i mikrobiologów, ale splendor zgarnęli nie mniejszy, a w zasadzie większy.
Rozumiem, że sztuka jest czymś niewymiernym i nie mniej inspirującym niż odkrycie szczepionki przeciw pryszczom, tym niemniej jest to małe „ale”.
Piosenkę może zaśpiewać każdy – jeden lepiej, drugi gorzej – szczepionki każdy jednak nie wymyśli.
Zresztą kapituła Nagrody Nobla robi wszystko, by o tej nagrodzie mówić w kategoriach porównywalnych do „pop”.
Już istnienie takiej kategorii jak „ walka o pokój”, czyli Pokojowa Nagroda Nobla - krytykowanej zresztą przez ludzi, którzy mają jeszcze trochę oleju w głowie – jest czymś, co tę Nagrodę skutecznie deprecjonuje, a w zasadzie w wielu przypadkach jest przejawem zwykłej głupoty i hipokryzji. Przykłady dziś już można by sypać z rękawa. Kapituła o nastawieniu wyraźnie pacyfistycznym i lewicowym nie przejmuje się bynajmniej jakąś merytoryczną analizą. Przyznaje tym co trzeba, albo tym, którym po prostu wypada. Jest więcej niż pewne, że gdyby Mubarak z Kadafim dobrowolnie oddali władzę, to szwedzka kapituła odpowiednio by to doceniła, a sami zainteresowani objechaliby pół świata z referatami na temat pokoju.
Państwa komunistyczne odegrały zresztą też swoją rolę w szerzeniu hipokryzji – choćby poprzez przyznawanie stalinowskiej nagrody za umacnianie pokoju między narodami, w 1956 r – po śmierci Stalina - przemianowanej na leninowską. Wśród nagrodzonych znalazło się czworo Polaków – pisarz Leon Kruczkowski (1953), działacz komunistyczny Ostap Dłuski (1961), pisarz Jarosław Iwaszkiewicz (1970) i architekt Halina Skibniewska (1979). Ta ostatnia to ta, która wymyśliła kuchnie bez okien oraz wspólne wychodki na półpiętrach. Obok nich na liście leninowskich laureatów figurowali komunistyczni i komunizujący politycy, działacze i artyści z różnych stron świata (np. Pablo Picasso), wśród nich znany kolekcjoner orderów i nagród sekretarz generalny KPZR Leonid Breżniew. Ostatnią nagrodę leninowską dostał żyjący jeszcze Nelson Mandela – tym samym to jedyny człowiek na ziemi uhonorowany pokojowymi nagrodami Kadaffiego, Lenina i Nobla naraz. Tylko pozazdrościć.
Medal za owe „umacnianie pokoju” z wizerunkiem generalissimusa został ufundowany z okazji 70-lecia urodzin Stalina. Podczas posiedzenia specjalnej komisji organizującej obchody wywiązała się nawet dyskusja, czy pierwszej nagrody stalinowskiej nie przyznać samemu Stalinowi. Ostatecznie nie został jednak wyróżniony – zapewne z powodu wrodzonej skromności. Po referacie Nikity Chruszczowa potępiającym kult jednostki twarz Józefa Wissarionowicza zastąpiono wizerunkiem Lenina. Zgodnie z decyzją prezydium Rady Najwyższej ZSRR z 1961 r. laureaci dostawali oprócz medalu 25 tys. rubli (po kursie oficjalnym – równowartość 22,5 tys. ówczesnych dolarów – była więc spora motywacja by bić się o pokój na świecie.
I tak to się toczy w niewiadomym kierunku.
Komentarze
Pokaż komentarze (6)