Jeżeli władza, mająca na dodatek w nazwie „obywatelska” zaczyna mówić o społeczeństwie obywatelskim, równocześnie ograniczając lub próbując ograniczać prawa obywateli, to sygnał, że deficyt demokracji osiągnął poziom krytyczny. Jeżeli celem władzy jest ograniczanie lub likwidowanie niezależnych od niej struktur pozarządowych, chociażby takich jak związki zawodowe, odrzucanie obywatelskich projektów ustaw w parlamencie, namawianie do rezygnacji z przysługujących społeczeństwu praw takich jak udział w referendum, czy też ograniczanie finansowania partii politycznych z czytelnym zamiarem utrudnienia im działalności, to znaczy, że władza wybrana głosami aktywnej większości społeczeństwa, staje się władzą mniejszości. Staje się wrogiem społeczeństwa.
Taka władza zachowuje się podobnie jak narkoman, który zrobi wszystko, by zdobyć deficytową działkę narkotyku tylko po to, by przetrwać. Czymże innym jest usuwanie progów ostrożnościowych w ustawie o finansach publicznych , ograniczanie kompetencji Komisji Nadzoru Finansowego czy też obsadzanie wygodnymi dla niej ludźmi - często aparatczykami partyjnymi - niezależnych z definicji instytucji statystycznych lub kontrolnych – GUS, NIK. Władza, która staje się wrogiem publicznym jest w stanie posunąć się do wszystkiego - z fałszowaniem wyborów włącznie.
Mogłoby się wydawać, że w dobie kryzysu i ogólnego zubożenia społeczeństwa teza sformułowana przez Marksa – „byt określa świadomość” staje się dominująca. Teza, która marginalizuje rolę społeczeństwa obywatelskiego we współczesnym świecie, w tym w Polsce. Okazuje się, że tak jednak nie jest. Otóż z przeprowadzonego sondażu instytutu De Honda wynika iż większość społeczeństwa stawia na pierwszym miejscu „poszanowanie demokracji” i bynajmniej nie stawia na nim ekonomicznych problemów związanych z „opiekuńczą rolą państwa” w dobie kryzysu.
Tak więc społeczeństwo dostrzega zagrożenia związane z ograniczaniem demokracji. Ktokolwiek redukuje obywateli do poziomu „homo economicus”, jest w pewnym sensie ślepy. Nie dostrzega, że ludzi może motywować coś innego niż ekonomia.
W swojej pracy „Fenomenologia Ducha” w rozdziale „Panowie i niewolnicy” Hegel pisze, że na dłuższą metę hierarchiczna relacja pomiędzy panem a niewolnikiem jest nie do utrzymania. Według niego pan i niewolnik utorowali drogę społeczeństwu, w którym wszyscy obywatele mają te same prawa, a więc demokracji. Niecałe dwieście lat później Francis Fukuyama rozwinął tę tezę. Ogłaszając koniec historii, wskazał na demokrację jako na tę formą rządów, która najlepiej zaspokaja ludzką potrzebę uznania. Wybory nie są tylko metodą cywilizowanego przekazywania władzy. Równie istotne jest to, że obywatele mogą się wypowiedzieć na każdym etapie rządów. To właśnie społeczeństwo obywatelskie jest bezpiecznikiem, który stoi na straży standardów demokratycznych państwa.
Dziś, gdy próbuje się majstrować przy demokracji obniżając jej standardy, lekceważąc instytucje i organizacje pozarządowe, warto sobie przypomnieć, że żaden rząd nie ma wystarczającego mandatu, by działać wbrew obywatelom, a nawet wbrew swoim wyborcom.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)