Ogłoszona niespełna tydzień temu przez PDT „dobra nowina” o tym, ze właśnie skończył się kryzys jakoś dziwnie nikogo nie wprawiła w euforię lub dobry nastrój. Wprost przeciwnie. Donald Tusk zdołał już nas wszystkich przyzwyczaić do tego, ze każda taka entuzjastyczna informacja, która pada z jego ust lub alternatywnie z ust wicepremiera Rostowskiego, powinna budzić u nas autentyczne przerażenie.
No bo jak ktoś, kto z uporem maniaka przez pięć lat mówił, że kryzysu w Polsce nie ma, może wiedzieć co to w ogóle ten kryzys jest. To tak jak w tej przypowieści z „Laskowika” – „było dwóch braci, Ramzes i Kryzys. Ramzes dawno temu umarł, a Kryzys wciąż żyje”. Jak więc Tusk miał dostrzec symptomy kryzysu, skoro on permanentnie w Polsce przesiaduje od czasu, gdy PDT zaczął rządzić. Powinien się więc Premier dokształcić i pojechać na urlop do Grecji, a nie na narty w Alpach zgodnie z powiedzeniem, że podróże kształcą.
Dowiedziałby się wtedy, że kryzys to nic innego jak rozciągnięte w czasie pogarszanie się warunków życia obywateli we wszystkich dziedzinach życia, które ich dotyczą, a spowodowane jest to głównie tym, że państwo założyło sobie, że ściągnie z obywateli nierealną daninę fiskalną, którą społeczeństwo miało temu państwu przekazać po to, by żyło się lepiej – wszystkim. No bo państwo już sobie zaciągnęło długi w naszym imieniu i te długi państwo musi spłacić. Jeżeli te długi zaciągnęło u nas w kraju, to może nas olać, a my możemy mu po prostu „naskoczyć” – patrz przykład OFE. Gorzej, gdy państwo zaciągnęło długi za granicą, bo te, niestety, musi już spłacić, a spłacić może tylko z pieniędzy, które uzyska od nas. Koło się zamyka, a samym środku tego koła mamy coś, co nazywamy kryzysem. Tyle w kwestii „pouczenia” dla naszego premiera.
Aby pozyskać środki na pokrycie bieżących wydatków rząd podniósł podatki i opłaty. Nie dało to jednak spodziewanego efektu. W wyniku pogłębiającego się deficytu rząd decyduje się uderzyć w fundusze emerytalne. Po przeprowadzeniu odpowiedniej kampanii PR’owej dochodzi do nacjonalizacji środków emerytalnych. Rząd bierze na siebie obowiązek wypłaty emerytur, co wcale nie znaczy, że będzie honorował dotychczasowe zasady.
Przecież Tusk udowodnił już niejednokrotnie, że ustawy można zmieniać w dowolnym momencie . Tak więc przejęcie wypłaty świadczeń emerytalnych nie jest żadną gwarancją na przyszłość.
To jednak nie koniec „możliwości” rządu. Rząd może opodatkować wszystkie lub niektóre aktywa finansowe, może wprowadzić podatek katastralny, może pobudzić sztucznie inflację. Może w końcu zdewaluować złotego. To ostatnie rozwiązanie można porównać z wybuchem bomby atomowej, a ulice zapełniłyby się w tym wariancie nie tylko obywatelami, ale i zapewne czołgami.
I pomyśleć…
To wszystko dla naszego dobra, by żyło się lepiej !


Komentarze
Pokaż komentarze (2)