Burza w szklance wody. Tak by można określić reakcje mediów na wywiad Kaczyńskiego dla Rzepy. Kaczyński odezwał się po dłuższym okresie milczenia, co dla wygłodniałych mediów było wystarczającym powodem, by sobie „poużywać” po osobie prezesa.
Prezydent Komorowski zabrał też głos oznajmiając, że on nie ma zamiaru się wdawać w dywagacje z Kaczyńskim. No i byłoby O.K. gdyby zaraz po tym nie otworzył klatki z Tomaszem Nałęczem, a kto jak kto, ale Nałęcz jest zaprawiony w opluwaniu prezesa. Robi to w sposób wysoce aluzyjny odnosząc się do „samotności” prezesa, a pośrednio kpiąc z jego seksualności. To działanie wyjątkowo odrażające, by nie napisać, że ohydne. Nałęcz jednak słynie nie tylko z odzywek określanych potocznie jako „chamskie”. On słynie także ze swoistego narcyzmu i kunktatorstwa z tym związanego. Człowiek związany przez całe swoje dorosłe życie z Lewicą i lawirujący po roku ‘89 pomiędzy różnymi jej odłamami w okresach różnej koniunktury politycznej, ostatecznie wylądował u boku prezydenta Komorowskiego. Stało się to po tym jak nie udało mu się „załapać” do Europarlamentu oraz po tym jak zrezygnował w roku 2010 z walki o fotel prezydencki, popierając natychmiast Bronisława Komorowskiego.
Nie mam nic przeciw byłym członkom oraz działaczom PZPR. Każdy tam kiedyś dokonywał jakichś wyborów. Mamy jednak wolną Polskę i ci ludzie nie mają żadnego demokratycznego mandatu, by piastować tak prestiżowe stanowisko jakim jest stanowisko doradcy Prezydenta RP. Niedopuszczalne jest też, by były PRL-owski aparatczyk partyjny „używał” sobie w stosunku do prezesa partii opozycyjnej z pozycji wspomnianego doradcy prezydenckiego. To są rzeczy wprost niebywałe i kładą się cieniem na całej prezydenturze Komorowskiego.
Co więcej – robią tę prezydenturę czymś na wzór zdrady narodowej. Jak można było zatrudnić w Pałacu Prezydenckim takie osoby jak chociażby Roman Kuźniar czy Waldemar Strzałkowski.
Roman Kuźniar, czołowy krytyk USA u boku Komorowskiego to też człowiek z bogatą przeszłością PRL-owską. W archiwalnych dokumentach zgromadzonych w IPN, znajdują się dokumenty na to, że Kuźniar był członkiem PZPR i że przeszedł specjalne przeszkolenie wojskowe. W stanie wojennym w1982 r. otrzymał odznaczenie państwowe „Za Zasługi dla Obronności Kraju”.
Z kolei Strzałkowski nie odstępuje Komorowskiego na krok od roku 1989. W 1956 r. ukończył on Wydział Historii i trafił do pracy w Wojskowym Instytucie Historycznym , gdzie był szefem POP. Do 1990 r. był członkiem PZPR. Z akt paszportowych Strzałkowskiego wynika, że wielokrotnie jeździł służbowo do ZSRR . Wsławił się też tym, że wraz z innym współpracownikiem kancelarii prezydenta składał wieniec na grobie Anny Walentynowicz w okolicznościach wysoce kontrowersyjnych.
No i wreszcie generał Koziej. Absolwent prestiżowej moskiewskiej uczelni wojskowej, słynący z dyletanctwa w wielu dziedzinach, co tez każe mu się przyjrzeć na niwie wojskowej. Tam też jest stosunkowo „kontrowersyjny ” w swoich poglądach.
A wszystko to w oparach starych i nowych służb specjalnych, zważywszy na fakt, że Komorowski jako jedyny parlamentarzysta z PO głosował przeciw likwidacji WSI.
Najważniejszych doradców Bronisława Komorowskiego łączy jednak jeden wspólny mianownik – serwilizm wobec Rosji, sprzeciw wobec rozwiązania WSI, niechęć do lustracji i dekomunizacji oraz strach przed opozycją solidarnościową.
To może wyglądać na swoisty paradoks. Prezydent z niekwestionowaną kartą opozycjonisty otacza się ludźmi z którymi dziś mógłby się spotykać co najwyżej na grillu. Tymczasem jest inaczej. Bronisław Komorowski ma do nich bezgraniczne zaufanie. Należy więc sobie zadać pytanie – jakie my możemy mieć zaufanie do prezydenta Komorowskiego ?


Komentarze
Pokaż komentarze (5)