Nie będę się zbytnio rozwodził. Napiszę wprost. Przewodniczący rządowej komisji „do spraw przekazu społecznego w kwestii katastrofy smoleńskiej” – to trochę ironicznie - Lasek , ma problem natury fundamentalnej, czyli dowodowej. To, że dowody są w posiadaniu stosownych organów Federacji Rosyjskiej nie jest dla nikogo tajemnicą. Nawet dla redaktorów z Czerskiej, chociaż rżną w tej sprawie przysłowiowego głupa.
To, że komisja Laska działa na „wariackich” papierach, to też nie jest jakaś tam nowość, bo wiadomo powszechnie, że Tusk wraz z rządem musiał zmienić tylko dla tej sprawy rozporządzenie Rady Ministrów, co jest do szczegółowego zbadania w czasie, gdy PIS dojdzie do władzy.
Zresztą nie tylko to jest do zbadania i zweryfikowania. W interesie całej tej „szemranej” komisji Laska jest tylko jedno – nie dopuścić do badań wraku prezydenckiego samolotu, a tym samym nie dopuścić, by on wrócił do Polski.
Tak, Szanowny Czytelniku. Twierdzę, że wrak Tu – 154M o numerze bocznym „1” nie wróci do Polski nigdy. Sprawa jest ciekawa z paru powodów. Jeden z nich został zasygnalizowany w filmie Anity Gargas „Anatomia Upadku” w momencie, gdy mieszkaniec bloku zlokalizowanego w pobliżu lotniska w Smoleńsku mówi o rozszabrowanych częściach samolotu.
Warto przypomnieć, że to przewodniczący polskiej Komisji powołanej przez D.Tuska – Jerzy Miller osobiście podpisał w Moskwie dokument zezwalający Rosjanom na dysponowanie wrakiem nie tylko do zakończenia śledztwa, ale też i do zakończenia ewentualnych spraw sądowych – nie wykluczając kolejnych trybów rozpraw, odwołań i innych czynności, które rosyjskie prawo sankcjonuje. Ostatecznie pozostaje jeszcze prawo międzynarodowe i związany z tym arbitraż. Oczywiście teoretycznie sprawy te mogą się ciągnąć przez szereg lat, a może i nawet przez lat kilkanaście.
To jednak jeden aspekt sprawy wraku. Drugim jest, jak już wspomniałem aspekt techniczny samego zwrotu części, które pozostały z samolotu. Normalny zjadacz chleba, karmiony papką medialną myśli, że zwrot wraku polega na tym, że podjedzie jakiś dźwig i spychacz, po czym załaduje się tę kupę złomu na przyczepę traktora i zawiezie na najbliższą stację kolejową, by tam to wszystko załadować do jednego lub trzech wagonów. Ktoś tam ze strony polskiej podpisze świstek, że „odebrano” i po sprawie.
Tak jednak nie jest. Jest „trochę”, a może nawet „sporo trochę” inaczej. Otóż dla potrzeb śledztwa wszystkie części samolotu musiały być skatalogowane.
Rzeczą zadziwiającą jest, że do dziś nikt w Polsce nie wie ile części zostało skatalogowanych. Nie wiemy, czy było ich sto, czy też 10 tysięcy. Każda skatalogowana część musi mieć także swój opis, w którym muszą być zawarte takie informacje jak – z której części samolotu jako całości ona pochodzi oraz jaki jest charakter uszkodzeń, których ta część samolotu doznała, a także przyczyny tych uszkodzeń, nie mówiąc już o obowiązkowej dziś dokumentacji fotograficznej wszystkich zgromadzonych (zebranych) elementów. To praktycznie to samo co „akt zgonu”.
Nie wyobrażam sobie, by takich czynności MAK nie dokonał. Gdyby tak było, to świadczyłoby to o celowym i wykonanym z premedytacją pominięciem kluczowego dowodu w sprawie katastrofy. To zaś pociągnęłoby za sobą wprost niewyobrażalne skutki dotyczące wniosków końcowych komisji MAK.
Tak więc potencjalny zwrot wraku musi dotyczyć wszystkich skatalogowanych części samolotu. Jeżeli zaś prawdą jest, że część z nich została rozszabrowana, to oczywistym staje się fakt, iż Rosjanie nie będą zainteresowani w najmniejszym stopniu zwrotem tego co pozostało, bo oznaczałoby to totalną kompromitacje tak MAK-u jak i samej putinowskiej Rosji, nie mówiąc już o dalszych konsekwencjach. Tu więc tkwi klucz do całej tej sprawy związanej z odzyskaniem – mówiąc kolokwialnie – wraku.
Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy – na podstawie opisu części można pokusić się o odtworzenie samolotu i ocenienia mechanicznej istoty uszkodzeń. Na podstawie skatalogowanych części można by było nanieść je na wirtualną makietę samolotu.
Byłby to istotny element w badaniu już nie samej katastrofy, ale wiarygodności raportu MAK. To jednak może sprawić kolejną „niespodziankę”, gdyż może okazać się, że części skatalogowanych, czyli zebranych z miejsca katastrofy wcale nie jest aż tak dużo. To zaś dodatkowo obnażyłoby prawdę o badaniach Komisji Anodiny.
Jaki więc w tym wszystkim jest interes Rosjan - żaden ?
Jak więc przewodniczący Lasek chce nad czymkolwiek debatować, gdy nie ma podstawowego dowodu do analiz. Jak chce przeprowadzać badania, które mieliby wykonać wiarygodni eksperci, gdy oni nie posiadają materiału do badań podobnie jak eksperci ZP posła Macierewicza ?
Jakie puzzle chcesz pan, panie Lasek układać ?
Jakie wnioski chcesz pan wyciągać – urwało się, bo walnęło ?
Dlaczego nie znamy nazwisk pana ekspertów - nie mylić z członkami pańskiej komisji - i wyników ich badań, to ja akurat wiem – oni nie mieli i nie mają czego badać.


Komentarze
Pokaż komentarze (32)