Wczoraj rano wydarzyło się coś co obrazowo określiłabym jako „zderzenie ze ścianą", a co na niemal 24 godziny skutecznie zepsuło mi humor, nawet ten czarny... ale jednak. Wydawało mi się, że nie szybko wrócę do poprzedniej równowagi, radości życia i dobrego samopoczucia.
Nawet próba pocieszenia i życzliwe zainteresowanie przyjaciela nie były w stanie dokonać tego, bym poczuła się lepiej i zmieniła postrzeganie rzeczywistości, która nagle w brutalny sposób ukazała mi swoje gorsze oblicze i piętrzące się problemy do rozwiązania.
Chociaż nie należę do osób bezradnych, nie radzących sobie, wręcz przeciwnie, mam doświadczenie w wychodzeniu z trudnych sytuacji i szczęście spotykania przyjaznych ludzi, to nieraz nagłe dramatyczne wydarzenie burzące nagle mój spokój potrafi ściąć mnie na pewien czas z nóg. Oczywiście zaraz potem następuje mobilizacja i intensywne poszukiwanie drogi wyjścia z chwilowego zakrętu, bo tkwienie w bezsilnym marazmie niczego przecież nie załatwi.
Na szczęście dzisiaj rano stało się coś zupełnie odwrotnego. Wczorajsze problemy, wobec dzisiejszej rozmowy z kimś niezwykle miłym i profesjonalnym nieoczekiwanie dla mnie samej szybko uczyniło, że widzę obecnie wszystko kompletnie w innych barwach, o wiele weselszych i odzyskałam dobre samopoczucie.
To tylko dowodzi, że najlepiej człowiekowi może pomóc drugi człowiek, nawet jak nie zrobi tego jeszcze w sensie dosłownym, lecz uspakajającą rozmową. Mój trochę bezradny uśmiech spotkał się z rzeczową opinią, pokazaniem drogi rozwiązania problemu i również łagodzącym stres uśmiechem z drugiej strony. Tego potrzebowałam i za to jestem wdzięczna. Mam obecnie nadzieję na szybkie załatwienie sprawy i równie szybkie zapomnienie o tym, co się wydarzyło, chociaż najbliższe dni będą jeszcze wymagały ode mnie czujności i większej aktywności.




Komentarze
Pokaż komentarze (2)