Pierwszy głęboki wstrząs związany z odejściem na zawsze kogoś, kogo dobrze znałam dotyczył śmierci kolegi ze szkoły podstawowej. W trzeciej klasie Wojtek popełnił samobójstwo... Pewnie nie chciał tego zrobić, był przecież takim zgrywusem, wesołym chłopakiem pełnym zwariowanych pomysłów. Powiesił się w łazience, chcąc zapewne tylko wystraszyć rozwodzących się właśnie rodziców... Niestety plan się nie udał i nie było już dla niego ratunku.
Pamiętam, jak kiedyś zadzwonił dzwonek do drzwi mieszkania, a gdy je otworzyłam, nie było za nimi nikogo, za to za klamką włożony był wielki bukiet liliowego bzu, zerwanego pewnie gdzieś w okolicy... Wiem, że to było właśnie od Wojtka, bo pamiętam ten jego znaczący uśmiech rzucony znad zeszytu na lekcji...
Potem, chyba w piątej klasie umarł ojciec naszej koleżanki. Nie mogłam sobie wyobrazić, jak to jest nie mieć nagle Taty... Później, już w liceum, po wakacjach nie pojawił się w szkole Marek. Zdecydowanie najfajniejszy chłopak w klasie, nie tylko wesoły, ale dobrze wychowany i odnoszący się do dziewczyn z ujmującym szacunkiem, czym wyróżniał się spośród swoich, często jeszcze głupawych, rówieśników. Był na obozie spadochronowym, zabił się spadając z nie otwartym prawidłowo spadochronem...
Ze śmiercią w Rodzinie spotkałam się dopiero gdy zdawałam maturę. W trakcie egzaminów maturalnych zmarł mój Dziadek, dla którego byłam najukochańszą wnuczką i którego sama bardzo kochałam. Nie mogłam nawet pojechać na pogrzeb...
Potem odchodzili kolejni ludzie żyjący w moim otoczeniu lub bliscy: sąsiedzi, znajomi Rodziców, rodzice znajomych, Babcia, Wujek, a potem... Rodzice, najpierw Tato, a kilka lat później Mama... Rok temu, tuż przed Zaduszkami, zmarł ktoś kogo znałam wiele lat, bardzo ceniłam i kto wspierał mnie w życiowo trudnych chwilach. Kogo rady i słowa otuchy dodawały mi sił do działania i przywracały chęć do dalszego zmagania się z trudnymi wyzwaniami, jakie przed sobą postawiłam...
Odchodzenie bliskich czeka każdego z nas. Nigdy nie jesteśmy na to dostatecznie przygotowani i zawsze tracimy ich za wcześnie. Dobrze, że jednocześnie nie tracimy o nich pamięci, która przywołuje niespodziewanie obrazy z dni, gdy jeszcze żyli i byli przy nas...
W trakcie całego swojego życia powoli oswajamy się ze śmiercią, by łagodnie wejść w cień, jaki rzuca. Strach przed słowem „śmierć" i wszystkim, co z nią związane z czasem przeradza się w stan pogodzenia z tym, co nadejdzie, gdyż jest po prostu nieuniknione dla wszystkich i wszystkiego, co żyje. Bo przecież Vivere nolit, qui mori non vult - kto nie chce umierać, ten nie chce też żyć...[Seneka]




Komentarze
Pokaż komentarze (8)