Pojawiły się znienacka i nie zdążyłam im nawet zrobić zdjęć. Cała akcja trwała krótko i była dobrze zorganizowana...
Czterech zwiadowców przeprowadziło rekonesans ważnego, z punktu widzenia aprowizacji miejsca, które wkrótce będzie im potrzebne. Dwie sikorki siedziały na balustradach, a dwie sfrunęły do obiektu. Posmakowały zanęty - prosa i ziaren słonecznika, a jedna z nich, bardziej odważna dokonała zwiadu kwatery na pięterku.
Myślę, że zwiad przeszedł pomyślnie, chociaż obiekt nie był jeszcze zaopatrzony w słoninkę, o której w piątek dokonując zakupów po prostu zapomniałam...
Postaram się doprowadzić w poniedziałek obiekt do pełnej gotowości na przyjęcie wyczekanych gości: sikorek i wróbli. Karmnik musiałam podwiesić, aby w ten sposób sprytne sroki i wrony nie wyciągnęły tacki z jedzeniem. One sobie dadzą radę, bo są silniejsze. Ja nastawiam się na te mniejsze i słabsze ptaki, którym chcę pomóc przetrwać zimę.
Bo niech nas nie oszukuje obecna ciepła i słoneczna aura. Chociaż trwa jeszcze jesień, to w listopadzie często już następuje atak zimy, tak jest niemal co roku.
A oto obiekt (niedawno nabyty) w całej okazałości - miejsce dzisiejszego zwiadowczego rekonesansu. Stąd przekażę, jak przyjdzie pora, fotoreportaż z udziałem moich bohaterów...



A oto sikorki z mojego sąsiedztwa. Wypatrzenie ich na drzewie jest, jak widać, dość trudne...

Godz. 13.50
A jednak nie wytrzymałam, wsiadłam w samochód i pojechałam do Hali Banacha po słoninkę. W myśl zasady: co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj.
A poza tym, jak pomyślę sobie o jutrzejszych korkach...





Komentarze
Pokaż komentarze (27)