Trzeba przyznać, że zdanie geniusza Tatr na temat traktatu zmienia się jak w kalejdoskopie. Najpierw był to wielki sukces jego brata (tzw. prezydenta), który ów traktat wynegocjował. Sukces ten był tak ogromny, że PiS wspólnie z innymi partiami przegłosowało uchwałę o ratyfikacji traktatu przez parlament, a nie naród w trybie referendum. W domyśle - po co ciemnemu ludowi zawracać głowę, jakimiś traktatami, jeszcze się nie pozna na "sukcesie".
Już kilkanaście dni później ogromny sukces stał się jeszcze większym zagrożeniem. Podpisanie przez "prezydenta" traktatu miało doprowadzić do utraty przez Polskę niepodległości, zajęcia ziem zachodnich przez teutońskiego najeźdźcę oraz wprowadzenia "małżeństw" homoseksualistów.
Kilka dni temu kolejna zmiana. Na antenie Radia Maryja Kaczyński stwierdził, że traktat lizboński nie jest żadnym zagrożeniem dla Polski ani jej niepodległości, zaś wszelkie obawy o wzmocnieniu pozycji Niemiec w Europie są nieuzasadnione. O małżeństwach "homoseksualistów" nie wspomniał, być może przez roztargnienie.
Praca funkcjonariuszy PiSu jest jednak bardzo ciężka- muszą trzymać rękę na pulsie by dostosować swoje "poglądy" do obowiązującej linii PiSpartii...
Cały ten cyrk Kaczyńskiego z traktatem coraz bardziej przypomina mi początek lat 90tych. Wtedy Kaczyński na wiecach atakował Unię Demokratyczną, a jednocześnie prowadził z nią rozmowy o poparciu "rządu" skrajnego lewaka Olszewskiego. Gdy ten "rząd" padł Kaczyński jeszcze bardziej bezkompromisowo atakował UD na wiecach i jednocześnie negocjował wejście Porozumienia Centrum do rządu Suchockiej. Efekt był taki, że przestali go rozumieć nawet jego współpracownicy i jaczejka o nazwie PC rozpadła się na kilka kanap, które skończyły na śmietniku historii.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)