Libertariański stosunek do problemu globalnego ocieplenia nie jest sprecyzowany. Wśród środowiska wolnościowego znajdą się osoby, uważające globalne ocieplenie za rzeczywisty problem, jak i takie, które w całej sprawie widzą grubymi nićmi szyte koniunkturalne próby zdobycia (lub powrotu) do władzy. Z tego też powodu libertariański głos w dyskusji nie jest uwzględniany nawet w „undergroundowych” dyskusjach, nie wspominając już o głównym nurcie sporu politycznego. Nie jest to jednak w żadnej mierze wadą, czy ułomnością myśli libertariańskiej.
Jakiekolwiek nie byłyby libertariańskie poglądy na kwestię globalnego ocieplenia, czy szerzej – ochrony środowiska – tak proponowane rozwiązanie niemal zawsze będą się sprowadzały do tego samego. Celem niniejszego wpisu jest właśnie zaprezentowanie wszystkim wolnościowego programu w kwestii ochrony środowiska.
Ułomność wiedzy
Przyznam, że sam nie należę do „wyznawców” teorii globalnego ocieplenia. Nie znaczy to, że nie przyjmuję do wiadomości tego, że temperatura globalna w XX wieku wzrosła (a, z tego co wiem, wzrosła). Nie uważam jednak, by była to wina człowieka, czy jego działalności. Dodam jednak – dla jasności, że temat ten interesuje mnie w nikłym stopniu i moje poglądy w tej sprawie wynikają z pobieżnych analiz kilku tekstów, czy dyskusji na ten temat[1]. Może i bym zmienił poglądy na tę kwestię, gdybym wgłębił się w argumentację obu stron, czego jednak nie czynię. Zwyczajnie bowiem nie miałoby to żadnego wpływu na proponowane przeze mnie rozwiązanie.
Daleki jednak jestem od kategorycznych sądów w tej sprawie. Teoria globalnego ocieplenia jest twierdzeniem empirycznym, a te, jak wiadomo, nie dają nigdy stuprocentowej pewności. Możemy sobie więc teraz dywagować, czy to wina człowieka, czy nie. Możemy uważać, że człowiek do globalnego ocieplenia się wcale nie przyczynia, albo i na odwrót. Jednak wydawanie kategorycznych sądów może w przyszłości odbić się obu stronom czkawką. Wystarczy, że rozwój nauki pozwoliłby zweryfikować konkretne teorie. Wtedy jedna ze stron sama skaże się na śmieszność. Chcąc tego uniknąć, przyjmę na potrzeby niniejszego wpisu, że globalne ocieplenie, jako efekt działalności człowieka jest faktem.
Tzn. nie tyle globalne ocieplenie, ile ogólnie zanieczyszczanie środowiska (co już jest faktem raczej bezspornym). I zaproponuję naprawę tego stanu rzeczy.
Dużo zwierzątek i GMO
Uważa się dosyć powszechnie, że rozwój techniki powoduje największe zanieczyszczenie środowiska. I nie chodzi tu tylko o dymy z kominów, czy plany lotów kosmicznych, a o coś znacznie prostszego, a zarazem niezbędnego do naszego życia. Silnik spalinowy. Samochód. Traktor, kombajn i wiele, wiele innych. Każdy chyba przyzna, że samochody powodują ogromne zanieczyszczenie. I jeszcze ten dwutlenek węgla, który wydzielają do atmosfery. Tak? Owszem, ale z zastrzeżeniem.
Przede wszystkim musimy zwracać uwagę, że nie istnieje coś takiego, jak „rozwiązania” problemów. Gdy ktoś używa argumentacji typu: „rozwiązaniem ubóstwa jest…”, to jest albo 1) demagogiem, albo 2) nieświadomy wszystkich skutków proponowanych przez siebie decyzji. Wyobraźmy sobie bowiem, że w trosce o naszą planetę, rząd postanawia wprowadzić „reglamentację” prądu. W związku z tym co wieczór o godzinie 23.00 gaśnie światło w całym mieście (oczywiście za wyjątkiem policji, szpitali, straży…). Gaśnie sygnalizacja świetlna, latarnie na ulicach. Oszczędność energii? Owszem. Rozwiązanie problemu? Nigdy w życiu. Z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy się spodziewać, że wzrośnie ilość wypadków drogowych, a przestępcy znacznie się uaktywnią. I to jest rozwiązanie? Inny przykład? Ponad 3 miliony Amerykanów jest rocznie szczepionych przeciw kokluszowi, co zapobiega szacunkowej liczbie 300.000 zachorowań na tę chorobę, w tym ok. 400 przypadkom śmiertelnym. Rozwiązanie? Dodam więc jeszcze, że ta sama szczepionka odpowiedzialna jest za szacunkowe 30 przypadków uszkodzenia mózgu rocznie[2]. Jeżeli to jest rozwiązanie, to proszę iść to powiedzieć rodzicom dzieci, które dotknęło uszkodzenie mózgu. Nie istnieje coś takiego, jak „rozwiązania”. Są tylko kompromisy.
Dlatego też, jeżeli zgadzamy się z tym, że to rozwój technologii powoduje zanieczyszczenie środowiska i apelujemy, by to zmienić, to musimy zdać sobie sprawę z tego, do czego może to doprowadzić. Możemy biadolić, że silnik spalinowy wydziela tyle-a-tyle dwutlenku węgla do atmosfery. Ale nie możemy przy tym zapominać o słowach laureata Nagrody Nobla, Roberta Fogela, który przypomina, że na początku XX wieku w nowym Jorku było 200 tysięcy koni, które wszędzie się wypróżniały. Spacerując po mieście, wdychało się rozpylone końskie odchody, które stanowią znacznie większe zanieczyszczenie, niż spaliny samochodów [metan! – F.P.]. W rzeczywistości samochody postrzegano w Stanach Zjednoczonych, jako rozwiązanie dla końskiego problemu, bowiem odchody zawierają mnóstwo groźnych dla życia patogenów[3]. Nie jest to jedyny plus z zastosowania silnika spalinowego. Szacuje się, że w 1910 roku 25% powierzchni uprawnej było wykorzystywane pod uprawę zboża, przeznaczonego na paszę dla zwierząt. W tym tych 200 tys. koni. A nie zapominajmy, że również na polach wykorzystywano zwierzęta. Obecnie większość tych ziem mogła zostać wykorzystana w inny sposób (Choćby w takim Massachusetts, gdzie jeszcze pod koniec XIX wieku praktycznie nie było drzew, a obecnie stan porastają lasy). Nie bądźmy jednak hipokrytami, silnik spalinowy emituje oczywiście zanieczyszczenie – nie ma czegoś takiego, jak darmowy obiad[4]. Jednak przed zbyt kategorycznymi sądami, zważmy koszta rozwiązań alternatywnych.
Dodatkowo genetycznie modyfikowana żywność pozwala na znaczne zwiększenie plonów, a więc zmniejszenie areału upraw. Nie ma co straszyć GMO. Człowiek od tysięcy lat ingeruje w przyrodę, w tym w materiał genetyczny konkretnych gatunków. Przykłady? Kukurydza – powstała w wyniku krzyżowania starannie dobranych ziaren przez Indian. Psy chihuahua – niespotykane „dziko”. Żadna rasa krowy mlecznej nie żyła nigdy w stanie dzikim. To wszystko to staranne krzyżówki i hodowle, które zmieniały materiały genetyczne. Jest jednak sprawa dużo drastyczniejsza. Otóż poprzez modyfikację genetyczną naukowcy nadali nowe cechy ryżowi. „Złoty ryż” zawiera więcej witaminy A, co dobrze robi na wzrok. Jest to niezmiernie ważne dla mieszkańców Azji Południowo-Wschodniej i innych biednych regionów, gdzie ryż stanowi podstawę diety. „Złoty ryż” może zapobiec wielu chorobom. Mimo to od ekologów usłyszymy tylko, że jest to genetyczna trucizna, że nie wiadomo, czym może się to skończyć. Ale, czy gdy ktoś wynalazł ogień, wiedział, czym się to skończy?
Nie chodzi mi o to, by całkowicie deprecjonować ekologów, Greenpeace’owców, czy kogo tam jeszcze. Nie mam jednak zamiaru ich wspierać, zdając sobie sprawę, że popadanie w skrajności w tej dziedzinie może być pierwszym krokiem do samobójstwa. Zapamiętajmy więc, że
Nie ma rozwiązań. Są tylko kompromisy.
Nie tak dawno padł postulat, by ograniczyć emisję dwutlenku węgla o 25% do 2050 roku. ONZ domaga się nawet 60%. Do czego by to doprowadziło? Wymieńmy pokrótce przykłady dóbr, do wytworzenia, lub używania których niezbędna jest energia, wydobywana ze spalania ropy naftowej, węgla, lub gazu. Są to m.in. lodówki, pralki, wentylatory, domy, samochody, samoloty, żywność, ubrania, telewizory, komputery, telefony… Wierzchołek góry lodowej? Nawet nie. Sama redukcja więc doprowadziłaby do ograniczenia podaży tych dóbr (a więc wzrostu ich cen). Jednak ten spadek podaży ukazuje się w całej rozciągłości dopiero wtedy, gdy zwrócimy uwagę na szacowany wzrost liczby ludności. George Reisman ukazał cały tragizm tego postulatu na przykładzie Stanów Zjednoczonych[5]. W 2050 roku będzie tam wtedy mieszkało 400 milionów ludzi, czyli 4/3 obecnej liczby. Tak więc te 4/3 ludności miałoby emitować zaledwie ¾ dwutlenku węgla, emitowanego obecnie. Oznaczałoby to całkowitą redukcję wysokości 43,75% na mieszkańca. Innymi słowy o jedną trzecią ludności więcej miałoby produkować o blisko połowę mniej. Nietrudno sobie wyobrazić, jaką katastrofę by to oznaczało. Gdyby jednak starać się o przedstawienie globalne tychże liczb, okazałoby się, że zmniejszenie emisji dwutlenku węgla w Stanach Zjednoczonych wynosiłoby 88,75% na mieszkańca (lub, jak kto woli, 1 mieszkaniec musiałby emitować niewiele ponad 1/10 tego, co obecnie). A to wszystko przy redukcji teoretycznie 25%. Nie wiem, jak wy, ale ja nie widzę innego scenariusza, niż katastrofa. By uświadomić skalę zjawiska na samym przykładzie prądu, odwołam się do tekstu Maxa Suskiego[6]. Pierwsza staje komunikacja miejska. Nie tylko tramwaje, zależne bezpośrednio od prądu, ale także autobusy. Dlaczego? Bo nie mogą zatankować paliwa – pompy w dystrybutorach działają przecież na prąd. Z tego samego powodu zamykają się stacje benzynowe. To nie koniec: stają samochody osobowe, taksówki, pociągi, metro. Ludzie utykają w windach. Macie dość? A to dopiero początek: W kranie brakuje wody, ponieważ przepompownie działają na prąd. […]. Kanalizacja domów położonych w nieckach także korzysta z pomp elektrycznych. […]. Kaloryfery są zimne, bo ciepła woda dopływa do nich dzięki pompom. Elektrycznym. […]. Nie działają instalacje alarmowe i gaśnicze, wyposażone w czujniki pożarowe i tryskacze. Pożar może zostać wykryty dopiero wtedy, gdy ktoś go zauważy. […]. Trudno jednak wezwać straż pożarną, skoro nadajniki telefonii komórkowej też działają na prąd. Mają swoje zasilanie awaryjne z baterii, ale te stopniowo się wyczerpują. […]. Straż pożarna, jeśli już zostanie wezwana, natyka się na brak ciśnienia w hydrantach i musi korzystać z wody w basenach gaśniczych. Zamykane są szkoły. […]. Proste codzienne czynności urastają do ranki problemu. Nie sposób kupić bułki na śniadanie, bo w sklepach nie działają kasy. Jeśli sprzedawcy dostaną zgodę na sprzedaż ręczną, kupić cokolwiek można tylko za gotówkę. Ale skąd ją wziąć, skoro bankomaty też są na prąd? Ktoś powie, że to się tyczy całkowitego braku prądu, a postulat dotyczy jedynie drobnych ograniczeń. Po pierwsze – nie drobnych, po drugie – przy wzroście liczby ludności to MUSI doprowadzić do opłakanych rezultatów. Pewne wyjście z sytuacji stanowi tutaj rozwój technologiczny (który ostatnio, wskutek państwowych regulacji nie rozwija się zbyt dynamicznie). To właśnie nowe technologie umożliwiają coraz to skuteczniejszą ochronę środowiska.
Ochrona istniejących zasobów
Często słyszy się, że nie można pozostawić zasobów naturalnych w rękach prywatnych, argumentując to krótkowzrocznością przedsiębiorców. Nawołuje się przy tym, by to państwo, które zwraca uwagę na dłuższą perspektywę czasową, zajęło się ochroną rzadkich zasobów naturalnych. W rozumowaniu tym kryją się dwa błędy: pierwszym jest „krótkowzroczność” prywatnych właścicieli i „dalekowzroczność” rządu, a także uznanie, że surowce mineralne niezmiennie pozostają te same. Weźmy więc w obroty oba problemy.
Zacznijmy jednak z od końca i zastanówmy się, dlaczego państwo ma chronić pewne zasoby? Najczęściej słyszanym argumentem na ten temat jest fakt, że zasoby te są rzadkie i nie możemy ich zużyć za naszego życia, bez troski o przyszłe pokolenia (takie zaadoptowanie hasła „ziemia nie należy do nas; pożyczyliśmy ją od naszych dzieci”). Problemem w tym rozumowaniu jest to, że uznajemy zasoby za pewne stałe dobra. A jednak przed wynalezieniem lampy naftowej, czy bardziej samochodu, ropa była w zasadzie bezużyteczna i stanowiła raczej powód do zmartwień, aniżeli radości. Nie wiemy, czy ropa będzie użyteczna za te XXX lat. Jednak spostrzeżenie, jak szybko rozwijają się technologie pozwala nam sądzić, że za jakiś czas ropa będzie przeżytkiem, czy „barbarzyńskim reliktem”. Inną sprawą jest ocena ilości istniejących zasobów. Co rusz słyszy się, że zasoby ropy na świecie wyczerpią się w najbliższych 45 latach. A może 20? A może 70? Oczywiście w tych wyliczeniach bierze się pod uwagę ZNANE nam zasoby. Nie wiemy, ile jeszcze nasza planeta kryje w sobie zasobów. Być może niewiele, być może całe mnóstwo. Jednak przy obecnym stanie rzeczy straszenie, że zasoby tego, czy innego surowca ulegną wyczerpaniu jest demagogią. Przypomnijmy sobie, jak w 1908 roku prezydent USA Theodor Roosevelt zwołał konferencję gubernatorów na temat surowców mineralnych. Stwierdził on wtedy, że „wkrótce ulegną one wyczerpaniu”. Na tej samej konferencji magnat kolejowy prognozował, że w ciągu najbliższych 10 lat zniknie znaczna część zasobów drewna i wszyscy odczują deficyt tego surowca.[7] Mało tego, przewidywał również, że w „niedługim czasie” produkcja pszenicy w Stanach Zjednoczonych będzie niewystarczająca na potrzeby krajowe. Jak to brzmi, gdy weźmiemy pod uwagę nadwyżki, które produkowane są w Stanach? Problemem nie jest tutaj prognozowanie. Największy problem to to, że w tych wyliczeniach nie bierze się pod uwagę samorzutnych mechanizmów gospodarczych (w tym odkryć coraz to nowych źródeł surowców), ani rozwoju nowych technologii. Już w połowie XVIII wieku pastor Thomas Malthus wyliczył, że populacja ludzka rośnie w tempie geometrycznym (1,2,4,8…), a liczba żywności w tempie arytmetycznym (1,2,3,4…). A było to tuż, przed ogarniającą cały świat rewolucją przemysłową, która umożliwiła dziesięciokrotny wzrost liczby ludności, przy coraz to wyższym poziomie materialnym.
Drugi poważny problem, który powinniśmy poruszyć jest związany z krótkowzrocznością i długowzrocznością. Głównym powodem postulatów, by rządowi przekazać prawa gospodarowania zasobami jest argument, jakoby prywatni właściciele, zaślepieni chciwością, nie potrafili długofalowo rozporządzać rzadkimi dobrami naturalnymi. Pomijając już sprawę „daty ważności” różnych surowców, warto zastanowić się, na jakiej podstawie opiera się powyższa argumentacja. Weźmy sobie w obroty prywatną kopalnię. Dlaczego jej właściciel, ponoć zaślepiony chciwością, nie doprowadzi do natychmiastowego wydobycia całych dostępnych złóż? Dlaczego ogranicza on wydobycie? Jednym z powodów jest oczywiście jego interesowność: gdyby wydobył za dużo, to cena złoża by spadła. Jednak taka odpowiedź byłaby niepełna. Nie bierze pod uwagę właśnie tego, co weźmie pod uwagę przedsiębiorca – długookresowych wyników przedsiębiorstwa. Przedsiębiorca wie, że jeżeli w danym roku zwiększy produkcję, to na następne lata produkcja będzie mniejsza (z powodu mniejszej ilości surowców). Poza tym zmniejszyłaby się wartość kapitałowa kopalni. Innymi słowy, jeśli przedsiębiorca chciałby ją sprzedać, to jej cena byłaby odpowiednio niższa. Utrata przyszłych zysków ma natychmiastowe odzwierciedlenie w cenie całej kopalni. Powoduje to spadek ceny akcji. Pogarsza się również zdolność kredytowa kopalni. To są właśnie powody, dla których prywatny właściciel oszacuje korzyści z natychmiastowej eksploatacji i straty z tego powodu wynikłe. Można więc w skrócie powiedzieć, że jest to powodowane „chciwością” prywatnych inwestorów. Jednak to właśnie ta „chciwość” powoduje, że oszczędzają oni na zasobach. (Wyobraźmy sobie, że rzecz tyczy się nie kopalni, a hodowli owiec. Dbając o przyszłe zyski hodowca nie wyrżnie w pień wszystkich owiec, a będzie prowadził „politykę” umiaru, która pozwoli mu utrzymać na względnie stałym poziomie wysokość dochodów; będzie on ponadto dbał o swoje źródła kapitału, czyli owce).
A jak ma się sprawa z publiczną własnością? Przywołajmy tutaj historię rodem zza oceanu, a konkretnie ze Stanów Zjednoczonych. W XIX wieku na ówczesnym wschodzie USA właścicielem ziemi był rząd (upraszczając sprawę). Były więc terenami publicznymi, tzw. „terenami otwartymi”, na których każdy hodowca mógł wypasać swoje zwierzęta. Sytuacja była de facto taka, że nikt nie był właścicielem pastwisk – ekonomicznie były one niczyje. Hodowcy więc dążyli do tego, by ich zwierzęta miały jak najlepsze warunki – doprowadziło to do rezultatów tragicznych: nadmiernej eksploatacji prerii i całkowitemu wyniszczeniu tych terenów. Najnormalniej w świecie zaczęło brakować trawy. Nie było mowy o rekultywacji, bo nie miał kto jej dokonać. Dlaczego miałby to robić jeden hodowca, wiedząc, że inni będą korzystać z jego inwestycji? W efekcie bydło i owce były wypasane już wczesną wiosną, zanim jeszcze trawa dojrzała, a okres wypasu kończył się późną jesienią. Do czego to doprowadziło? Chyba najtragiczniejszym w skutkach były samodzielne działania hodowców: bez pytania rządu o zgodę postanowili oni grodzić tereny na swój użytek, ale konkurencja przecinała druty. Kowboje uciekali się więc do metod siłowych i „rozwiązywali” spory o pastwiska, wyrzynając swoich przeciwników i mordując rywali. (…) Brak podstawowych instytucji prawa własności doprowadził do zamętu, waśni i zniszczeń.[8] Innym skutkiem było powstanie na tych terenach rejonu burz piaskowych („dust bowl”). A weźmy przykład innych dóbr. Stawiam bowiem tezę, że rząd nie jest w stanie długofalowo gospodarować zasobami. Jednym z powodów jest właśnie brak prawa własności. Cóż z tego, że możemy powiedzieć, że jest to „własność publiczna”? Właściciel publiczny jest tylko zarządcą, wybrany na określoną kadencję, bez możliwości odsprzedaży tejże własności. Wartość kapitałowa więc nie stanowi obiektu jego zainteresowania. Zdaje on sobie sprawę z tego, że za jakiś czas jego rola się skończy, a jego miejsce zajmie inna persona. Logicznym z jego punktu widzenia byłoby więc, by był on nastawiony na maksymalizację swoich teraźniejszych zysków, nie patrząc na przyszłe straty. I tak się dzieje. Możemy biadolić, nawoływać do zmian, apelować, by zmienić w takim razie zasady, albo mówić „przecież tak być nie musi”. Może i nie musi, ale inaczej być nie może.
Ochrona środowiska
Skupmy się teraz na ostatnim z interesujących nas zagadnień, a mianowicie zanieczyszczenia środowiska. Należałoby zastanowić się, czy własność prywatna, jaką obserwujemy obecnie i „własność” publiczna raczą sobie z tym problemem, a jeśli tak, to która lepiej i dlaczego? Może moja odpowiedź na to pytanie będzie dosyć kontrowersyjna, ale pod inną nie byłbym w stanie się podpisać. Otóż w moim przekonaniu ani instytucje prywatne, ani publiczne, nie są w stanie poradzić sobie z problemem zanieczyszczenia środowiska. Państwo nie jest w stanie skutecznie działać na polu ochrony środowiska, z kolei prywatne przedsiębiorstwa nie są (w większości) zainteresowane w działaniu na tym polu.
Zanieczyszczenie środowiska jest problemem istotnym przede wszystkim powietrza i szlaków wodnych (rzek), czy zbiorników (jeziora, etc…). Dymy z kominów trują powietrze w praktycznie każdym większym mieście, przyczyniając się do ubytków zdrowotnych ludzi, spowodowanych bezpośrednio wdychaniem trucizn, jak i pośrednio. Z kolei ścieki miejskie są w większości odprowadzane właśnie do rzek. Śmiem tutaj twierdzić, że główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest… brak praw własności w tym zakresie. I powietrze, i rzeki są niczyje. Zastanówmy się bowiem, co by było, gdyby do rzeki, należącej do prywatnego właściciela miasto ot tak sobie odprowadzało ścieki? Z pewnością doprowadziłoby to do rozstrzygnięć na drodze sądowej i ogromnych odszkodowań, wypłacanych właścicielowi. Zbiornik wodny, lub rzeka może stanowić świetną inwestycję – pod warunkiem, że jest „na pewnym poziomie”. Jej wartość kapitałowa rosłaby wraz z jej czystością. Właściciel mógłby dzierżawić rzekę/jezioro na potrzeby kąpieliska, parku wodnego, czy hodowli ryb słodkowodnych. Mógłby ją sprzedać – ale w takiej sytuacji duża wartość byłaby efektem dużej czystości rzeki. A co by się działo ze ściekami w takim wypadku? Cóż, taka sytuacja z pewnością zmusiłaby rząd do inwestowania w technologie, pozwalające bądź przefiltrować ścieki, bądź spożytkować chociażby w produkcji energii. Jak by nie było – zanieczyszczenie rzek nie byłoby już tak palącym problemem.
A co z powietrzem? Tutaj również brak praw własności doprowadził do ogromnych zanieczyszczeń przyrody. Emitent zanieczyszczeń wysyła do atmosfery substancje szkodliwe (dymy, pyły radioaktywne, tlenki siarki i inne), które następnie lądują w płucach obywateli. Jest to ewidentne działanie przeciwko drugiemu człowiekowi i jako taki rodzaj agresji powinno być rozpatrywane przez sądy. Czemu tak się nie dzieje? Może z powodu takiego, a nie innego funkcjonowania prawa w Polsce? A czy zawsze tak było? W odpowiedzi na to pytanie muszę się przenieść ponownie do Stanów Zjednoczonych. Otóż tam w XIX wieku sądy i w tym zakresie broniły praw własności (były to tzw. przypadki uciążliwości[9]). Dopiero w końcu XIX wieku instytucje sądownictwa zaczęły stopniowo osłabiać prawa własności[10]. Temu służyło niedopuszczenie do istnienia pozwów zbiorowych w tej materii (nietrudno sobie wyobrazić co to oznaczało, przy niezbyt wysokim poziomie zamożności ówczesnego społeczeństwa). Zwieńczeniem tego były zapisy w ustawodawstwach federalnych i stanowych, zabraniające wysuwania pozwów zbiorowych, przeciwko zatruwającym powietrze. Jednak nawet pozwy indywidualne były coraz częściej oddalane. Sądy powoływały się tutaj na tzw. „dobro ogółu”, którym to rzekomo miał być rozwój gospodarczy. Musimy tutaj pamiętać, że to nie rozwój gospodarczy jest najważniejszy. Najważniejszy zawsze powinien być człowiek. Ale nie dla biznesu i nie dla rządu, których zmowa działa na niekorzyść prostego obywatela. Ukoronowaniem myślenia instytucji sądownictwa była sprawa Antonik vs. Chamberlain w Ohio w 1947 roku. Mieszkańcy przedmieść Akron wystąpili z wnioskiem o wydanie nakazu zamknięcia prywatnego lotniska (naruszenie prawa własności, spowodowane nadmiernym hałasem). Sąd jednak odrzucił wniosek, powołując się na „konsekwencje […] dla całej społeczności” i zwracał uwagę na „istniejącą politykę społeczną”[11].
Cóż więc należałoby zrobić? Przede wszystkim rozszerzyć prawa własności, by sądy rozpatrywały sprawy o zatruwanie środowiska w kategoriach naruszenia prawa własności. Żadna państwowa regulacja ilości wydalanych substancji trujących nie może być rozpatrywana, jako rozwiązanie tego problemu. Jeżeli bowiem wiemy, że coś nas zatruwa, to dlaczego mamy ograniczać ilość tych „produktów”, a nie w ogóle je wyeliminować? Ktoś może zwrócić uwagę, że papierosy nas też zabijają i alkohol i wiele, wiele innych. Z alkoholem sprawa jest o tyle prosta, że każdy spożywa go na własną odpowiedzialność. Z kolei dym papierosowy przedostaje się również do płuc niewinnych ludzi. Zasadniczym problemem jest więc skala zjawiska (tzn. ile, w jakiej odległości od źródła, i jak bardzo trujących substancji dostanie się do organizmu „biernego palacza”). Jednak i w tym wypadku odgórne regulacja na nic się zdadzą. Dlatego w tym wypadku proponowałbym ponownie rozszerzenie praw własności: właściciel konkretnej posesji sam decydowałby, czy można na niej palić, czy nie. I każdy sam decydowałby, czy tam pójdzie, czy nie.
Wracając jednak do tematu zanieczyszczenia środowiska. Zapewne proponowane przeze mnie środki doprowadziłyby do wzrostu kosztów wytwarzania dóbr, nijak jednak nie umniejsza to zasadności wprowadzenia takich działań. Wysuwanie jednak takiego twierdzenia może przypominać argumentację, jakoby zniesienie niewolnictwa zwiększyłoby koszty wytwarzania bawełny, co czyniłoby produkcję nieopłacalną. Nie można jednak w imię wielkiego biznesu łamać niezbywalnych ludzkich praw. Są jednak jeszcze inne aspekty, które po rozszerzeniu praw własności mogą doprowadzić do zmniejszenia zanieczyszczenia powietrza. Przyznam, że prawo własności tutaj rozumiem bardzo szeroko, włączając w to każde dobrowolne rozdysponowanie swoich funduszy na wybrany przez siebie sposób (w tym założenie własnego biznesu, etc…). Otóż w systemie z tak szeroko rozumianym prawem własności nie wystarczyłoby działanie nastawione na zysk. Gdyby jakaś firma nie chciała przestrzegać cudzych praw własności i gotowa była zanieczyszczać środowisko, działając na szkodę innych (zakładając, że wolałaby wydawać ogromne pieniądze na odszkodowania), ogromnie skutecznym sposobem poradzenia sobie z problemem byłby bojkot ze strony konsumentów. Na wolnym rynku wizerunek ma ogromne znaczenie. Zrozumiała to już większość firm, począwszy od super- i hipermarketów (w jakim z takich sklepów nie znajdziemy „ekologicznych toreb”?), przez banki (dlaczego Pekao SA dokarmia żubry?) a kończąc na Fast foodach (znany działacz na rzecz humanitarnego traktowania zwierząt, Temple Grandin, stwierdził nie tak dawno, że McDonald’s jest jednym z liderów, jeśli chodzi o poprawę warunków w rzeźniach[12] – sic!).
Konkludując
Mam nadzieję, że dosyć wyraźnie nakreśliłem, w jaki sposób możemy sobie poradzić z problemem zanieczyszczenia środowiska, nie wykorzystując nieskutecznego rządu. Oczywiście jest to tylko zarys problemu i sposobów rozwiązania go, jeżeli ktoś chce się dowiedzieć więcej na ten temat, zachęcam do przeczytania lektur, które zawarte zostały w przypisach. Nie wiemy, czy globalne ocieplenie jest sprawą człowieka; zanieczyszczenie jednak jest. Nie możemy zamykać oczu na problemy współczesnego świata. Tym bardziej pomijane środowisko libertariańskie nie może tego czynić. Jak powiedział pewien wolnościowy myśliciel, zapewne znajdą się dwaj libertarianie, zgadzający się we wszystkim, ale ja nie jestem jednym z nich. Stąd dyskusja. Dyskusja, przed którą nie uciekniemy.
[1] By wspomnieć tylko artykuł Wiktora Kobylińskiego, „Globalne ocieplenie 1779-2006” z 22 numeru „Najwyższego Czasu!”, z dnia 2 czerwca 2007 roku, lub dyskusję pod wpisem Jlv2, pt. „O rządach lewicy”.
[2] Peter W. Huber, Liability: The legal revolution and its consequences, New York, 1990, str. 104; cyt. za: Thomas Sowell, Oni wiedzą lepiej. Samozadowolenie, jako podstawa polityki społecznej, Warszawa, 2008, str. 198
[3] Cyt. za: Dwight R. Lee, Dziękuję ci, silniku spalinowy, za oczyszczenie środowiska.
[4] Dwight R. Lee, Dziękuję ci….
[6] Max Suski, Miejskie zaćmienie, Fokus Ekstra, lipiec/sierpień 2008, str. 4-7
[7] Por. Murray N. Rothbard, O nową wolność. Manifest Libertariański, Warszawa, 2007, str. 316
[12]Za: Gene Callahan, Jak wolne społeczeństwo mogłoby rozwiązać problem globalnego ocieplenia?





Komentarze
Pokaż komentarze (15)