124 obserwujących
113 notek
325k odsłon
  8488   0

"Shit happens" czyli rzecz o odpowiedzialności

Jak wiadomo nieszcześcia chodzą po ludziach. Zadarzają się powodzie i szkwały przewracające na jeziorach łodzie, piorun może trafić w czlowiek na polu, a drzewo przygnieśc przejeżdżajacy w czasie wichury samochód.  Częśc wypadków i katastrof bywa też spowodowanych bardziej lub mniej pośrednio przez ludzi: wypadki samochodowe, kastrofy przemysłowe itd. Od zawsze ludzie strają sie też przed nimi zabezpieczyć, choć nie przed wszystkim się da i trzeba się z tym pogodzić.

Szczególne miejsce mają jednak wielkie kastrofy, które spowodowane są nieprawidłowym  działaniem złożonych struktur, stworzonych przez człowieka, dla wspólnego użytku - na przykład wielkie katastrofy komunikacyjne lub przemysłowe. Te wymagają przede wystkim szczegółowego zbadania i znalezienia przyczyn. Wymagają dokładnego ustalenia odpowiedzialności, by coś podobnego nie mogło się powtórzyć.Obawiam się jednak, że zrozumienie tej konieczności, bardzo ważnej w cywilizowanych społeczeństwach, do nas nie całkiem jeszcze dotarło i wielu wciąż chciałoby w takiej sytuacji zatrudnić płaczki, złożyć ofiary zagniewanym bogom i czekać na lepszą passę.

Oczywiście "na niejątrzeniu"najbardziej zależy ludziom, którzy z róznych przyczyn mogliby być obciążeni odpowiedzialnością za zaistniałą tragedię. Tymczasem za wielkie struktury komunikacyjne, w naszym systemie  (na przykład kolej) wciąż, póki jeszcze nie "zderegulowano" i nie rozparcelowano do reszty wszystkiego, odpowiada państwo i nikt tego państwa, od odpowiedzialności za nie, zwolnić nie może. W wielu krajach ta sytuacja jest uważana za oczywistą i akceptowana. Nie u nas. U nas wymaga się od obywateli uznania wiekopomnej zasady Foresta Gumpa,  iż "shit hapens". Sam. I okrucieństwem oraz "wykorzystywaniem ludzkiej tragedii" jest zastanawianie się nad systemowymi przyczynami katastrofy, ba, zakładanie, że takie być mogły....

Muszę się przyznać, że jestem wielką wielbcielką kolei. Uważam, że transport kolejowy ma przyszłość, serce mi krwawi jak widzę kolejne wyłączone z ruchu, stare, czasem poniemieckie jeszcze linie, które mogłyby tak pieknie odciążać drogi i udostepniać co piękniejsze zakątki Polski turystom.  Mogłyby też służyć mieszkańcom malych miejscowości połozonych obok, coraz bardziej komunikacyjnie odciętym od świata (o ile ich status materialny nie pozwala na własny samochód). Martwię się, jak widzę, że z Warszawy Wilenskiej do pobliskiej miejscowości letniskowej Urle, gdzie wożono mnie,  jako dziecko na wakacje,  jeździ się teraz dłużej niż wtedy. Linią prostą jak strzelił, idącą przez płaską jak stól równinę...

I znając ten opłakany stan polskiej kolei podzielonej na dziesiątki kiepsko kooperujących spółek, oglądając opłakane efekty dotychczasowych działań, nie wydaje mi się dziwne, że ktoś to  może łączyć z kolejnymi kastrofami - także z ostatnią. Dane są dosyć jasne. Już w roku 2007 za czasów poprzedniego rządu - Urząd Transportu Kolejowego sporządził opracowanie mówiące o wyraźnym zwiększaniu się liczby awarii i wypadków na koleji. Ciekawe jak to wygląda po kolejnych 4 latach? Oczywiście jest możliwe, że cały ten zrakowaciały i chory  system nie miał nic wspólnego z ostatnia katstrofą, a wynikła ona z czystego przypadku.  W koncu człowiek ciężko chory na raka też może wpaśc pod samochód.., ale wydaje się to niezwykle mało prawdopodobne. Do zakresu działań państwa należy też zarządzanie ryzykiem. Jak to mówią fachowcy: materializacja zbyt dużej liczby ryzyk - źle świadczy o systemie.

Nie trzeba być inżynierem od kolejnictwa by zauważyć, rozpad PKP lącznie z tym, że nawet na małej stacyjce kto inny odpowiada za kasy, kto inny za perony, kto inny za infrastrukturę. Oczywiście można dowodzić, że wszystkie te podziały przez pączkowanie są bardzo słuszne - tylko jakoś na codzień tego nie widać. Na codzień człowieka szlag trafia, jak dowiaduje się, że nie może biletu zamienić, albo nie może znaleźć rokładu jazdy na stacji (już o kupieniu biletów na mniejszej stacji nie wspomnę) . Do tej pory nie poradzono sobie z gigantycznymi kolejowymi nieruchomościami -  a to wielkie pieniądze, problemy i pokusy. Tematów jest bez liku. Jednym z nich jest  i upadek statusu zawodu kolejarza - co wcale nie jest takie bez znaczenia ani takie śmieszne, jak to mogłoby sie wydawać niektórym dzisiejszym liberałom. Ot - jakis najemnik od sprawdzania biletów albo prowadzenia 110tonowej lokomotywy, albo obsługi systemu zwrotnic... To, jak ludzie pracują, jest efektem tego,  jak sie czują docenieni, jak widzą swoją rolę i szanse na przyszłosc w zawodzie.

I teraz, kiedy z przerażeniem oglądamy efekty największej po 89 roku katastrofy kolejowej - ważne jest by domagać się od rządzących wyciągnięcia wniosków. Nie chodzi o to by "rozstrzelać" pospiesznie ministra Nowaka, który na obecny stan kolei tyle mial dotychczas wpływu co na mijająca zimę. Chodzi o to, by nikt się nie wykręcał, że wszystko jest wspaniale tylko "shit happens". Nie jest wspaniale. Jest bardzo źle. I skoro niedostatecznie ten temat poruszała dotychczas opozycja, skoro nie robiła tego wystarczająco wyraziście i głośno,  woląc swoje ideologiczne spory i połajanki w kwestii "braku patriotyzmu" (bo to prościej i łatwiej), to powinni to robić obywatele, media.

I ja mam zamiar to robić, choćby mi wszyscy wielbiciele rządu mieli powiedzieć, że jestem bez serca. Nie ma  mowy byście się wykręcali tym, że "nieszczęścia chodzą po ludziach", "trzeba uszanować tragedię" i i prosperowali dalej  spokojnie na swoich posadach, rozdając synekury krewnym i znajomym królika i patrząc by dobrze wypaść. Koniec spokoju - ponosicie odpowiedzialność za kraj. Samiście  w końcu tego chcieli.

 

Lubię to! Skomentuj123 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale