124 obserwujących
113 notek
325k odsłon
  4823   0

Ratunek w faktach

 

W najważniejszych polskich dyskusjach publicznych najczęściej dość niechętnie dyskutuje się o faktach i ich interpretacji. Bardzo chętnie natomiast o ocenach, hipotezach, emocjach i oczywiście personaliach. Kto coś tam powiedział, w jakiej formie, w jakiej sytuacji i czemu tak głupio… To CO dokładnie powiedział ma bardzo często znaczenie marginalne.
 
Taki sposób prowadzenia dyskusji jest wymarzony dla wszelkiego rodzaju intelektualnych oszustów, dla manipulacji i szalbierstwa. Jeśli masz coś do ukrycia, jeśli czujesz, że twoje racje w jakiejś kwestii są słabe, a jednak nie chcesz z nich zrezygnować - po pierwsze ucieknij w rozmowie od faktów.
 
Uzyskasz to, jeśli na początek podkręcisz emocje. A potem poprowadzisz dyskusję o tych emocjach. Tak właśnie stało się w przypadku katastrofy smoleńskiej. Zamiast dyskutować o tym jakie w tej sprawie znamy fakty i co właściwie wiemy, a czego nie możemy być pewni na 100%, rozmawia się ot tym kto „wierzy” w zamach, a kto w niego „nie wierzy”. Z zapalem dyskutuje się o spekulacjach. Czy jest możliwe, że Rosjanie mogliby zamordować polskiego prezydenta na swoim własnym terytorium, czy tez jest to niemożliwe i absurdalne. To świetny temat do dyskusji – każdy może mieć na ten temat inne zdanie i nie ma żadnego sposobu by cokolwiek bezspornie udowodnić. Po prostu jeden wierzy w to, a drugi w co innego.  Wszystkie rodzaje przekonań sa tu równouprawnione.
 
Zupełnie inaczej jest w przypadku faktów. Albo coś zostało bezspornie ustalone albo nie. Pytanie o to czy TU 154 po katastrofie smoleńskiej został zbadany w sposób równie szczegółowy, jak to zazwyczaj się czyni w przypadku poważnych katastrof lotniczych w państwach cywilizowanych – to pytanie dotyczy faktów i jest jasne. Jasna jest też odpowiedź. Brzmi  – NIE.
 
Ustalanie takich podstawowych faktów, jak  powyższy, ma zasadnicze znaczenie dla wyrobienia sobie opinii o tym co się stało, nie tylko podczas ale i po katastrofie samolotu pod Smoleńskiem.  Jednak dla tych osób, które swój światopogląd opierają  na przekonaniu, że  w sprawie nie ma żadnego istotnego problemu (poza nieprzyjemnym, ale przypadkowym faktem pożegnania się z życiem 96 osób naraz), przyjęcie do wiadomości takich prostych odpowiedzi jest niewygodne, bo powoduje dysonans poznawczy.   Najlepiej więc będzie w ogóle nie podejmować rozmowy na ten temat, a zamiast tego, „ustawiać sobie” przeciwnika. Najlepiej go doprowadzić do białej gorączki, sprowokować (na przykład obelżywym stosunkiem do zmarłych i ich rodzin, niestosownym dowcipkowaniem). Niech przeciwnik zacznie używać jak najbardziej ostrych określeń i epitetów. Wówczas można będzie zamiast o faktach podyskutować o fatalnej FORMIE wypowiedzi.  Albo o tym kto kogo obraża i że jest to niedopuszczalne.
 
Warto tez zepchnąć przeciwnika na pozycje jak najbardziej  RADYKALNE. To się robi całkiem łatwo. Wystarczy  intensywniej niż dotychczas zwalczać na przykład hipotezę ewentualnego zamachu. Wciąż ją powtarzać, nie odnosić się do innnych twierdzeń, a tylko do niej  i podkreślać, jak bardzo jest nieodpowiedzialna i bezrozumna. Im bardziej brutalnie będzie się ją dezawuować, tym bardziej osoby przekonane do tej hipotezy, będą w nią wierzyć. Już nie będą wyrażać wątpliwości, domagać się zbadania wszystkiego, tylko będą się upierały, że WIEDZĄ, że to był oczywisty zamach. Jeśli tak się stanie – to już sa złapane, ponieważ jest to teza tak samo  dotychczas nieudowodniona, w świetle bardzo niekompletnych badań, jak wszystkie inne. A poza tym skrajna. Ale im bardziej skrajna  i sztywna będzie pozycja adwersarza, tym łatwiejsza się staje do zwalczenia. Już nie będzie trzeba zajmować się konkretami, a wystarczy DEZAWUOWANIEM interlokutora.  
 
W ogóle dezawuowanie rozmówcy to wspaniała broń, bo pozwala unieważnić wszystkie jego wypowiedzi. Doskonale pamiętam z dawnej pracy w „Wiadomościach” jak koledzy zgromadzeni przed telewizorem naśmiewali się gremialnie z tego lub innego polityka. Niczego nie trzeba było uzasadniać, wystarczyło zarechotać… konformizm grupowy powodowal, że śmiali się choćby półgębkiem wszyscy, a podjąć polemiki nawet nie  było jak. No bo jak polemizować z chichotami i rzucanymi w biegu: „ a to idiota”? ”No widziałeś go? Ale palant” Zaś wszystko co potem powiedział taki „unieważniony” osobnik z zasady swojej nie było już nawet warte  zastanowienia. Przeciwnie, to KTO mówi, kompromitowało treść.
 
Ostatnią deską ratunku, gdy nie chcemy dyskutować o faktach staje się ich przemilczanie. Ktos coś mówi a ty nic. Jak byś nie słyszał. Możesz tez kierować rozmowę na inne tory. Powiedzieć na przykład, że Jarosław Kaczyński coś tam zrobił w 2006. Cóż że to bez związku z rozmową? Tym lepiej im bardziej od czapy. Twój rozmówca zostanie zbity z pantałyku, zacznie dyskutować o Jarosławie Kaczyńskim i coraz bardziej się denerwować. W ten sposób cel zostanie osiągnięty. A nawet cel podwójny, bo zarazem zmienimy temat i rozzłościmy rozmówcę.
 
Morał z tego krótkiego, ale często wykorzystywanego w polskich mediach i blogosferze, podręcznika manipulatora jest jeden: tylko fakty bronią się same, tylko fakty są zdolne przekonać nieprzekonanych i  nawet niekiedy przebić się do świadomości osób z zasady sceptycznych wobec teorii innych niż oficjalnie obowiązujące. Tak więc domagajmy się faktów, pielęgnujmy je, a starajmy jak najusilniej unikać wąskich i ślepych uliczek pustej retoryki i rozbujanych emocji.
Tekst został napisany dla "Przewodnika Katolickiego" - najstarszego, wciąż ukazującego się tygodnika w Polsce
Lubię to! Skomentuj104 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale