Zaczęło się od listu otwartego do europejskiej opinii publicznej, w którym autorzy, tworzący marginalną wówczas grupę lewicujących studentów UW, wydających już własne pismo, ogłosili swój akces do grupy kosmopolitycznych porywaczy Europy. Ten incydent oraz spór wokół udziału polskich wojsk w wojnie w Iraku to dwa symboliczne wydarzenia, które podzieliły duchowego ojca środowiska i jego faktycznego przywódcę.
Podstawowe cele strategiczne polskiej polityki zagranicznej, realizowane przez kolejne ekipy rządowe dyrygowane pałeczką naczelnego największego dziennika w kraju, zostały wówczas już niemal zrealizowane. Historia zmierzała do swojego szczęśliwego, liberalnego końca. W polityce krajowej również podstawowe cele tzw. transformacji wydawały się osiągnięte. Koniec okresu budowania nowego ładu demokratycznego był początkiem jego rutynizacji i dogmatycznej obrony za wszelką cenę. Ten, zdawałoby się, wieczny porządek został najmocniej zakwestionowany przez rzeczników „rewolucji moralnej”, z jednej strony oraz „rewolucji semantycznej”, z drugiej. To właśnie druga grupa tworzy dzisiaj najmocniejsze (choć wciąż marginalne) i potencjalnie wpływowe środowisko nowej lewicy. Jej kolejny portret opublikowała dzisiejsza "Rzeczpospolita".
Pisze Agnieszka Rybak: "Grupa "Krytyki Politycznej" całą ofensywę medialną oparła na założeniu, że to, co nienazwane, nie istnieje. Wzięli przykład ze środowiska konserwatystów - Marka Cichockiego, Tomasza Merty i Dariusza Gawina, którzy po wyborze Kwaśniewskiego na prezydenta utworzyli w 1995 r. Warszawski Klub Krytyki Politycznej. - Uznaliśmy, że musimy stworzyć środowisko, które będzie produkowało język polityczny. To jest fundament w polityce - przyznaje Sierakowski. Dzisiaj sam chce znaleźć szczepionkę na to, co współtworzyli Merta czy Cichocki. - Jeśli w Polsce mamy dziś język prawicy, konserwatywno-liberalny, a nie mamy języka lewicowego, to taki Wojciech Olejniczak, choćby chciał, niewiele może zrobić, bo staje przed oporem mediów i neoliberalnych ekspertów. Wszystko, co powie, będzie się kojarzyło z populizmem. Najpierw trzeba stworzyć warunki i możliwości do uprawiania lewicowej polityki."
I można chyba już dzisiaj powiedzieć, że takie warunki powoli, acz konsekwentnie środowisko KP tworzy. Możemy śmiać się z kombatanctwa obrońców Le Madame. Wzdychać, kiedy po raz kolejny widzimy Sierakowskiego komentującego niemotę Centrolewu w TVN24. Niestety coraz mniej mamy argumentów na to, żeby skwitować działalność środowiska KP wzruszeniem ramion. Ładnie to ujęła autorka tekstu z "Rzepy": Jeden z młodych prawicowców - aktualnie wysoki urzędnik państwowy - pytany o Sierakowskiego, przytacza opowieść o starym Indianinie, który w początkach kolei żelaznej przeżył bolesne zderzenie z lokomotywą. Kiedy podczas rekonwalescencji usłyszał gwiżdżący czajnik, zerwał się z łóżka, zrzucił go na ziemię i zaczął deptać. Widząc zdumione spojrzenia obserwatorów, Indianin z przekonaniem oświadczył: - Trzeba zabić gada, póki mały. Pytanie, czy młode środowiska konserwatywno-liberalne mają dziś w sobie przenikliwość i zdecydowanie starego Indianina."
Dla tego środowiska i sprzyjających mu mediów (zakrawa na ironię losu, że dwie walczące ze sobą największe gazety codzienne zawiązały niepisany sojusz wyrażający się w nieukrywanej fascynacji intelektualnej nową lewicą, skupiona wokół Sławomira Sierakowskiego) demokracja przestała się jawić w szarych kolorach. Okrzyk "szare jest piekne!" staje sie niemodnym anachronizmem, który na poważnie bierze jeszcze jego autor, Adam Michnik. W oczach nowego pokolenia lewicowych intelektualistów demokracja zaczęła zyskiwać barwę czerwieni.
Za polityczny cel uznano rozbicie „konsensusu liberalno-demokratycznego” i „poszerzenie pola dyskursu”. Z podobnej do konserwatywnej krytyki diagnozy rzeczywistości nowa lewica wyciąga zupełnie inne wnioski i wskazówki praktyczne, tworząc długofalową strategię powrotu człowieka lewicowego spod znaku Stanisława Brzozowskiego.
Kolejne, trzecie pokolenie lewicowych intelektualistów aspiruje do przejęcia rządu dusz i budowy nowego lepszego świata.
W ciągu ostatnich sześćdziesięciu lat mieliśmy do czynienia z trzema wcieleniami lewicowej formacji intelektualnej. Pierwsze, zasadnicze i niejako fundujące dla tożsamości lewicowego intelektualisty w ogóle, ilustruje figura błazna, mająca swój rodowód w klasycznym już podziale zaproponowanym przez Leszka Kołakowskiego w tekście „Kapłan i błazen. (Rozważania o teologicznym dziedzictwie współczesnego myślenia)”. Za kolejne wcielenie można uznać typ dysydenta, którego odnajdziemy na kartach książek oraz w praktyce politycznej najsłynniejszego polskiego opozycjonisty – Adama Michnika. Wreszcie, wcielenie najnowsze, do końca nierozpoznane i opisane to trickster, straszące w okolicy ul. Chmielnej w Warszawie. Pisze Agata Bielik-Robson: „trickster to ktoś, kto wyłamuje się z danych ról społecznych i robi wszystko, by nie poddać się wiążącej klasyfikacji; ktoś, kto uosabia czystą energię subwersji i świadomie używa jej do plątania szyków poważnym członkom społeczności.” Błazen często przebiera się w szaty kapłańskie, dysydent wyradza się w dogmatycznego demokratę, trickster zaś wyciąga tylko ostateczne konsekwencje dwóch poprzednich postaw i wyzbywa się ich ograniczeń.Trudno dziś jeszcze pisać charakterystykę trzeciego wcielenia lewicowego intelektualisty. Z dotychczasowej, kilkuletniej jego aktywności można wyprowadzić tylko kilka luźnych wniosków. Po pierwsze, jego tożsamość najlepiej określa pojęcie trickstera, który oswaja opinię publiczną i elitę umysłową wrzucaniem treści kontrowersyjnych, a biorąc pod uwagę doświadczenia XX-wiecznej Polski można powiedzieć nawet, że szokujących. Tak jest w przypadku Lenina w interpretacji Slavoja Żiżka czy…św. Pawła podanego przez niejakiego Alaina Badiou. Trickster to nowe wcielenie błazna, który zdejmuje czapkę, aby co jakiś czas stroić się w szaty kapłana. Mówi o „wydarzeniu”, „momencie”, „hegemonii”, „antagonizmie”, „rewolucji”. Po drugie, wyciąga ostateczne konsekwencje z lewicowych idei i przekonań, odzierając je z obłudy i ugrzecznionego dyskursu liberalno-demokratycznego. „Celem lewicy nie jest zatem, jak to nieraz można usłyszeć, walka z wykluczeniem jako takim, ale walka o ustawienie granic tego pola w zgodzie z własnymi ideałami. A zatem o wykluczenie z niego na przykład rasistowskich albo homofobicznych głosów. Celem nie jest zatem jakiś nierealizowalny pełen pluralizm, ale stworzenie przestrzeni, w której pewne praktyki, uważane przez lewicę za szkodliwe, staną się niedopuszczalne. Ktoś mógłby powiedzieć, że takie sformułowanie projektu grozi świadomym wyrzucaniem za drzwi demokracji wszystkich, z którymi nie jest nam po drodze. Odpowiedź na to brzmi: owszem, takie zagrożenie istnieje, ale jest ono immanentne demokracji. Od Carla Schmidta wiemy, że wykluczenie wpisane jest w definicję wspólnoty politycznej. Różnica polega zaś na tym, że współczesna demokracja liberalna wyklucza w sposób ukryty, a w zarysowanym wyżej projekcie wykluczenie ma zawsze charakter otwarty i tym samym umożliwia prawdziwie demokratyczną walkę o hegemonię.” - pisze Sierakowski w przedmowie do ksiązki Slavoja Żiżka, Rewolucja u bram.
Błazen stał się kapłanem błazeństwa. Dysydent został radykalnym demokratą. Trickster na pewno pozostanie sobą. I w tym upatruję największe niebezpieczeństwo.
Jaka z tego płynie nauka dla nas? Odpowiem za siebie. Stworzenie własnego pisma i środowiska jest obecnie absolutnie niemożliwe bez całkowitego zaangażowania, pasji i poświęcenia. Oczywiście trzeba mieć punkty odniesienia, inspiracje i coś do powiedzenia. Ale bez wciąż podsycanego głodu intelektualnego, żaru i...namiętności oraz sprawy, za którą chce się polec, stworzyć czegoś interesującego i ważnego niepodobna.
Warto uczyć się od swoich oponentów i wrogów ideowych. Tak, jak KP wzoruje się na metodach wypracowanych przez nieistniejący juz Warszawski Klub Krytyki Politycznej (Tomasz Merta, Dariusz Gawin, Marek A. Cichocki, Dariusz Karłowicz, Robert Krasowski, Paweł Paliwoda, Janusz Ostrowski), tak my dzisiaj możemy i nawet powinniśmy skorzystać z obserwacji działań nowej lewicy. To nie głupota i strata czasu - jak przekonuje mnie wielu, lecz mądrość etapu. Przy czym, to dopiero początek...



Komentarze
Pokaż komentarze (25)